Tygodnik Strefa Mińsk NR 29/30 (385/386)

Byliśmy na fali

O tym, co robili i czego doświadczyli w europejskiej mekce surfingu opowiada czytelnikom „Strefy” Piotr Grzywanowski...

Opublikowano: 30 Października 2014, Czwartek, 21:06
Autor: btsd
 0 0 0

Mińszczanin Piotr Grzywanowski i troje innych studentów (Karolina Jarosz, Paulina Królak i Krystian Wróbel) pojechali do Portugalii w ramach wymyślonego przez siebie projektu Surf Away, aby nauczyć się pływać na desce. Wyruszyli pod koniec lipca kultowym kamperem Fiatem Ducato, którym przejechali 3 tys. kilometrów. O tym, co robili i czego doświadczyli w europejskiej mekce surfingu opowiada czytelnikom „Strefy” Piotr Grzywanowski...

Skąd pomysł na projekt Surf Away?

Piotr Grzywanowski (P. G.) – Pomysł urodził się bardzo spontanicznie pod wpływem... aukcji na Allegro. Znaleźliśmy ofertę sprzedaży oldschoolowego kampera Volkswagena LT 28, w którym się zakochaliśmy. Kupiliśmy go i zaczęliśmy myśleć, co dalej z tym fantem zrobić. Pomyśleliśmy, że skoro mamy już surferski samochód, to powinniśmy udać się nim w jakieś fajne miejsce, aby posurfować. Europejską mekką tego sportu jest Portugalia, dlatego postanowiliśmy właśnie tam pojechać.

Surfing nie jest tanim sportem, a i podróż do Portugalii swoje kosztuje. Skąd wzięliście pieniądze na całą wyprawę?

P. G. – To prawda, organizacja takiego przedsięwzięcia nie jest tania. Czy jedzie się do Portugalii na tydzień, czy na miesiąc, trzeba się liczyć z dużymi kosztami, ponieważ większość wydatków stanowi paliwo i opłaty autostradowe. Koszt noclegów i wyżywienia jest znikomy, w porównaniu z podróżą. Nam jednak udało się dokonać prawie niemożliwego i pojechać w podróż życia, dzięki uprzejmości naszych sponsorów, tzn. firm: Sony Mobile, Finder, Bla Bla Car, United Target oraz organizacji Inventity. Za ich wsparcie serdecznie dziękujemy.

Ale koniec końców nie pojechaliście Volkswagenem LT 28, którego kupiliście na Allegro...

P. G. – Początkowo mieliśmy wyruszyć do Portugalii naszym trzydziestoletnim Volkswagenem i stopniowo zaczęliśmy już go odrestaurowywać. Niestety, ogrom napraw, jakich wymagał, trwałyby zbyt długo i wyprawa musiałaby być przełożona na przyszły rok. Dlatego zdecydowaliśmy się zaplanowane pieniądze na lifting naszego kampera przeznaczyć na wypożyczenie również oldschoolowego Fiata Ducato. Może naszym własnym, już wyremontowanym Volkswagenem uda się nam pojechać gdzieś w przyszłe wakacje?

A jak wam się jechało do Portugalii?

P. G. – Droga była bardzo męcząca, szczególnie dla mnie, ponieważ byłem jedynym kierowcą. Nie tylko było to uciążliwe, ale także stresujące, ponieważ ciążyła na mnie ogromna odpowiedzialność. Dodatkowo, ze względu na konieczność noclegów, gdyż nie dałbym rady prowadzić dzień i noc, nasza podróż trwała prawie pięć dni. Także systemem opłat za portugalskie autostrady przysporzył nam trochę trudności i niewielkie opóźnienie w podróży. Na naszej stronie www.surfaway.pl można przeczytać artykuł dokładnie wyjaśniający, jak funkcjonuje system autostrad w Portugalii. Każdemu wybierającemu się w tamte rejony polecamy się z nim zapoznać. Na szczęście portugalskie widoki, kuchnia oraz możliwość pływania na desce na wybrzeżu, zrekompensowały nam wszystkie trudy.

Jaki mieliście plan, gdy dojedziecie na miejsce – zatrzymujecie się w jednej lokalnej szkole i uczycie się surfingu, czy odwiedzacie różne i w każdej zgłębiacie tajniki pływania na desce?

P. G. – Naszym celem było objechanie całego wybrzeża Portugalii. Zaczęliśmy w Canidelo koło Porto, słynącego ze znakomitego wina o tej samej nazwie. Następnie skierowaliśmy się ku wypoczynkowej miejscowości Figueira da Foz i mekce surfingu Peniche. Po drodze do stolicy Portugalii, Lizbony, zobaczyliśmy spot dla profesjonalnych surferów Guincho oraz najdalej wysunięty na zachód  przylądek Europy – Cabo da Roca. Dalej ruszyliśmy na południe ku iście filmowym klifom, jaskiniom i wybrzeżom w Lagos. Nasza podróż zakończyła się w Sagres, które słynie z pięknych zachodów słońca. Co do samego surfingu: w Canidelo wzięliśmy dwie godziny lekcji surfowania, a następnie uczyliśmy się sami. Instruktor musi nowicjuszom pokazać podstawy, a potem trzeba tylko ćwiczyć, ćwiczyć, ćwiczyć. I to właśnie robiliśmy (śmiech).

Jakie miejsca do surfowania szczególnie wryły się wam w pamięć?

P. G. – Z tzw. spotów, czyli miejsc do surfowania, najbardziej podobało się nam Peniche i Sagres.  Peniche jest mekką surferów i prawie zawsze są tam idealne warunki do uprawiania tego sportu, przez osobę w każdym stopniu zaawansowania. Natomiast Sagres zachwyciło nas swoim urokiem i kameralnością.

Wiem, że trenujecie takie sporty jak snowboard, narciarstwo, windsurfing, a jak wam poszło na desce i falach oceanu?

P. G. – Teoretycznie, umiejętność jazdy na snowboardzie powinna nam trochę ułatwić opanowanie stania na desce, ale... bywało różnie. Najlepszym z nas okazał się Krystian, który jeździ na nartach. Ale ja i dziewczyny także nie pozostawaliśmy w tyle i ciągle próbowaliśmy mu dorównać. Surfing nie jest łatwy. Nie można też porównać go do żadnego innego sportu. Być może właśnie dlatego predyspozycje do uprawiania surfingu nie zależą od znajomości innych sportów „deskowych”.

Skoro Portugalia to mekka surferów, to pewnie spotkaliście na miejscu fanów tego sportu z całego świata? Ktoś wywarł na was szczególne wrażenie?

P. G. – Na Paulinie szczególne wrażenie zrobił Bruno – lokalny bodyboarder (śmiech).

Co robiliście, gdy nie pływaliście na desce?

P. G. – Ale my prawie cały czas pływaliśmy. Jeśli nie na desce surfingowej, to na bodyboardzie lub wpław. Jeździliśmy na rowerze, zwiedzaliśmy okolice, robiliśmy zakupy na lokalnych targach. Dodatkowo, przy pomocy szwajcarskiego scyzoryka wyciągaliśmy Karolinie szwy po wyrwanej przed wyjazdem ósemce i uratowaliśmy małego żółwika słodkowodnego. A gdy już naprawdę  opadaliśmy z sił, zajadaliśmy się lokalnymi specjałami i montowaliśmy filmy z wyprawy. Możecie je zobaczyć na naszym kanale surfawayteam na YouTube.

Udało się wam zrealizować wszystkie założenia projektu?

P. G. – Tak. Podczas Surf Away mieliśmy objechać całe wybrzeże Portugalii ucząc się pływać na desce, robiąc zdjęcia, nagrywając filmy i pisząc artykuły. Wszystko to udało nam się zrealizować, z czego bardzo się cieszymy.

Zachęciłbyś młodych ludzi do takiego sposobu spędzania wakacji, jak zrobiłeś to w ramach projektu Surf Away?

P. G. – Oczywiście. Taka wyprawa to niezapomniana przygoda na całe życie. Bardzo bym się cieszył, gdyby chociaż kilka osób po przeczytaniu tego artykułu zdecydowało się na podobną wyprawę. Nie musi to być od razu wielki projekt surfingu w Portugalii. Można przecież wyruszyć bliżej, np. pojechać stopem do Czech, albo na rowerową wycieczkę do Niemiec. I tak naprawdę, najważniejsza jest nie cena wyjazdu, a wspomnienia, które podczas takiej podróży można zyskać. Dlatego warto się zmobilizować i samemu, albo w gronie przyjaciół, zaplanować coś  niecodziennego, zamiast wyjeżdżać z biurem podróży na zaplanowany od początku do końca przez kogoś innego pobyt – często w jednym, nudnym miejscu.

Planujecie kolejną wyprawę?

P. G. – Planowaliśmy ją już w drodze powrotnej z Portugalii (śmiech). Nie wiemy jeszcze, kiedy i gdzie wyjedziemy, ale wiemy po co – po przygodę i nowe doświadczenia. Wiemy, że warto.

Rozmawiał DM, fot. uczestnicy projektu Surf Away

Musisz się zalogować, by móc dodawać komentarze!
Znajdź nas na Facebooku
TYGODNIK STREFA MIŃSK
adres biura:
ul. Warszawska 161 (1 piętro)
05-300 Mińsk Mazowiecki
tel. + 48 724 822 000
e-mail: reklama@strefaminsk.pl
lub e-mail: biuro@strefaminsk.pl
projekt graficzny: E-HO - agencja reklamowa - Mińsk Mazowieckikodowanie, system zarządzania