Tygodnik Strefa Mińsk NR 29/30 (385/386)

Latanie to moje życie

Najpierw sklejał kartonowe modele samolotów i czytał prasę lotniczą. W 1999 roku po raz pierwszy wzbił się na paralotni jako pasażer. Od tamtej chwili był już pewny, że chce piąć się po drabinie lotniczego wtajemniczenia.

Opublikowano: 17 Września 2014, Środa, 16:27
Autor: admin
 0 0 0
Latanie to moje życie - Adam KsiążekLatanie to moje życie - Adam Książek
Latanie to moje życie - Adam KsiążekLatanie to moje życie - Adam Książek

Najpierw sklejał kartonowe modele samolotów i czytał prasę lotniczą. W 1999 roku po raz pierwszy wzbił się na paralotni jako pasażer. Od tamtej chwili był już pewny, że chce piąć się po drabinie lotniczego wtajemniczenia. Dziś jest członkiem Motoparalotniowej Kadry Narodowej Aeroklubu Polskiego. Czasem można go zobaczyć, jak lata nad Mińskiem, Siennicą, Brzózem, Grzebowilkiem, Borówkiem, Albinowem. Mińszczanin Adam Książek właśnie zszedł na ziemię, aby w „Strefie” opowiedzieć nam o swojej pasji...

Świat z góry wygląda inaczej?

Adam Książek (A. K.) – Zupełnie inaczej. To bajkowa kraina, do której lubię wracać. Wszystkie ziemskie sprawy przestają być tam ważne.

Skąd w tobie ten pociąg do latania?

A. K. – Odkąd pamiętam, chciałem latać. Mój tata w wojsku skakał ze spadochronem, opowiadał mi o tym i może to po nim odziedziczyłem tę pasję?

Jak zostałeś pilotem paralotni?

A. K. – Po pierwszym locie na paralotni w tandemie z instruktorem Wojtkiem Pierzyńskim wiedziałem już, że to moja bajka. Zacząłem odkładać pieniądze na kurs. W 2000 roku uzyskałem uprawnienia do lotu na paralotni. Potem, razem z pilotami Mińskiego Klubu Lotniczego, którego prezesem był Wiesław Pawlak, a potem Olek Drabarek i nieoceniony, zasiadający na wyciągarce Stanisław Dulba, lataliśmy holując się koło Mińska, od czasu do czasu wyjeżdżając w góry, aby rozwijać swoje umiejętności. Jednak w góry było daleko, a wyciągarka do paralotni potrzebuje do obsługi dodatkową osobę. Dlatego w 2006 roku kupiłem pierwszy napęd plecakowy polskiej konstrukcji Motoroma i rozpocząłem naukę latania u instruktora Krzysztofa Romickiego. Mogłem startować sam, z dowolnej łąki, kiedy tylko warunki pogodowe na to pozwalały. I tak zdobyłem uprawnienia pilota paralotni z napędem. Minusem tego rozwiązania był ciężar silnika noszonego na plecach, ale i na to znalazło się rozwiązanie – „trajka”, czyli trójkołowy wózek, podobny trochę do tych znanych z motolotni. W 2011 roku zrobiłem licencję pilota motoparalotni. Oczywiście, mając kółka, czemu by nie przewieźć pasażera – nie plącze się pod nogami, jak w przypadku startu z nóg, a już coś umiałem, więc poszerzyłem uprawnienia o loty z pasażerem. Bardzo dziękuję wszystkim, których spotkałem na mojej lotniczej drodze, bo bez tych wspaniałych ludzi nie robiłbym teraz tego, co robię.

Każdy może zostać pilotem motoparalotni?

A. K. – Tak naprawdę, jak ktoś umie jeździć samochodem, to sobie poradzi (śmiech). Specjalne badania nie są wymagane, tylko nieletni muszą mieć zgodę rodziców na rozpoczęcie kursu. Potem trzeba znaleźć dobrą szkołę i instruktora, wylatać z nim odpowiednią liczbę godzin i wykonać pierwszy samodzielny lot. W moim przypadku nie mogłem się go doczekać. Na wózku dajesz pełny gaz i liczysz, że wszystko razem z tobą wzniesie się w powietrze. Jak nie kombinujesz i nic więcej nie robisz w trakcie startu, jest duża szansa, że się uda. Proste, prawda? Pytania nasuwają się, kiedy już wzbijasz się w górę sam, np. czy dziś są warunki pogodowe na latanie? Czy sprzęt jest odpowiednio przygotowany (sami przeważnie o to dbamy)? Tego można się nauczyć w trakcie kursu, albo latania w grupie doświadczonych pilotów, bo skoro oni latają, to znaczy, że się da – mam na myśli pogodę.

Jak długo trwa kurs?

A. K. – Około miesiąca. Wcześniej można polatać w tandemie i stwierdzić, czy chcemy to w ogóle robić. Jest to tzw. lot zapoznawczy.

Przeglądając internet znalazłem wiele szkół oferujących szkolenie motoparalotniarskie. Na co trzeba zwrócić uwagę, aby wybrać solidną?

A. K. – Jak zawsze, najlepiej z polecenia, ale często ludzie decydują się na najbliższą szkołę, gdzie można uczęszczać po pracy.

To bezpieczny sport i forma rekreacji? Bez trudu mogę sobie wyobrazić, że np. 200 metrów nad ziemią w spadochronie zrobi się dziura, przerwą się linki, którymi pilot steruje, albo motor przestanie działać. Co wtedy?

A. K. – Silnik zawsze może przestać działać. U początkujących przeważnie z powodu braku paliwa, albo przez złą ocenę warunków pogodowych, lotu pod wiatr na trasie powrotnej, kiedy lecimy dużo wolniej (o prędkość wiatru). Wtedy czas lotu się wydłuża, a paliwa mamy tyle, ile zatankowaliśmy. Jeśli pamiętamy, że silnik może zawieść, to nie wzbijamy się nad dużymi zbiornikami wodnymi, lasami, liniami wysokiego napięcia, miastami, gdzie i tak bez specjalnego pozwolenia nie można latać. Jak już zgaśnie silnik, wybieramy łąkę, najlepiej w pobliżu drogi, gdzie spokojnie wylądujemy i łatwo dojedzie po nas samochód. Zresztą, w trakcie kursu pierwsze lądowania wykonuje się z wyłączonym silnikiem wysoko nad ziemią. Natomiast jeśli chodzi o samą paralotnię (rogalik), jeśli jest dopuszczona do lotu (co dwa lata robi się takie badanie), to nie spotkałem się, żeby coś się z nią stało w górze. Dodatkowo, mamy ze sobą spadochron ratunkowy, który też podlega przeglądowi co dwa lata. Latając rekreacyjnie, w warunkach odpowiednich do umiejętności, trzeba się naprawdę bardzo starać, żeby doprowadzić do sytuacji, kiedy trzeba użyć spadochronu.

Obecnie skrzydła do latania z silnikiem są samostateczne, czyli dużo bezpieczniej się na nich lata w trudniejszych warunkach niż na starszych klasycznych konstrukcjach. Inaczej sytuacja wygląda w górach, gdzie lata się przeważnie w środku dnia, kiedy jest najsilniejszy wiatr, słońce mocno wygrzewa ziemię i towarzyszą temu prądy wznoszące, czyli termika. Na ogół nie lata się w górach na skrzydłach samostatecznych od napędu, choć można, ale w tak burzliwym powietrzu może się zdarzyć podwinięcie skrzydła. Jeśli jest duże, ziemia szybko się zbliża, pilot stwierdza, że są małe szanse na odwinięcie się rogalika (co na ogół następuje samo), rzuca paczkę, czyli tzw. spadochron ratunkowy i bezpiecznie ląduje.

Żona i najbliżsi nie boją się o ciebie, gdy latasz?

A. K. – Przyzwyczaili się (śmiech). Ale mówiąc poważnie, na pewno się boją. Od żony zawsze słyszę: „tylko uważaj na siebie”. Lecieliśmy już razem, i nawet teraz, kiedy jest w dziewiątym miesiącu ciąży, chciałaby ze mną polecieć. To miłe, bo to znaczy, że stwarzam poczucie bezpieczeństwa, kiedy jestem w górze. Tu ogromne podziękowanie za wsparcie i akceptacje, Madziu jesteś wielka w tym co robisz.

Startujesz w zawodach w kraju i za granicą, zdobywasz medale, jesteś członkiem Motoparalotniowej Kadry Narodowej Aeroklubu Polskiego – lubisz rywalizację, czy to raczej sposób na doskonalenie umiejętności?

A. K. – Jedno i drugie. Na pewno doskonalenie umiejętności jest potrzebne, żeby osiągnąć wysoki poziom we wszystkim, co robimy. Nie zostanie się mistrzem w dowolnej dziedzinie bez ciężkiej pracy, wyrzeczeń, wielu godzin poświęconych na realizację jednego celu. Do tej pory zawody traktowałem jako rozwój umiejętności i wiem, że nie da się zdobyć Mistrzostwa Świata będąc na pierwszych takich rozgrywkach. Często zdobywają ten tytuł ludzie latający 10 lat w turniejach.

Uważam, że w lotnictwie trzeba też mieć szczęście i myślę, że je mam. Stałem na podium na wszystkich moich Mistrzostwach Polski, nie miałem sprzętu zastępczego, a ten którego używałem, nigdy mnie nie zawiódł. I tu pojawia się chęć rywalizacji – skoro byłem dwa razy trzeci, raz drugi, to może mógłbym wygrać? Ale jest pewien problem. Zawodnik musi praktycznie co roku wymieniać silnik i skrzydło, bo tak szybko pojawiają się nowe konstrukcje. Czyli oprócz czasu, zawody pochłaniają bardzo dużo pieniędzy, jeśli oczywiście chcemy wygrywać, bo latać w zawodach można na każdym sprzęcie dopuszczonym do lotu.

Ile godzin trzeba wylatać, aby móc powiedzieć, że jest się motparalotniowym mistrzem?

A. K. – Około 150 godzin rocznie, aż zostanie się wyczytanym na zawodach do zajęcia na podium pierwszego miejsca, co oznacza, że jest się mistrzem (śmiech).

Jakie najdziwniejsze zadanie musiałeś wykonać na motoparalotni?

A. K. – Zawsze najdziwniejsze zadania bywają na zawodach (śmiech). Tam start, lot i lądowanie wykonujemy, jak na autopilocie, jedną ręką, a reszta to właśnie bardzo oryginalne konkurencje, np. ktoś „nasmaruje” na mapie dziwny szlaczek w postaci węża i każe polecieć dokładnie po jego linii. Więc leci się dwie godziny, śledząc palcem na mapie trasę, żeby się nie zgubić (śmiech). Czasem jeszcze „wąż” podzielony jest na odcinki i przed startem trzeba zadeklarować, w której sekundzie lotu będziemy na poszczególnych punktach, uwzględniając swoją prędkość i wiatr. Ale sprawia mi to dużo satysfakcji, bo robię to co lubię, lecę, a dodatkowo mam do wykonania trudne zadanie.

Najdłuższy dystans, jaki przeleciałeś na motoparalotni to...

A. K. – Chyba trzy razy leciałem ponad 200 km, w zawodach internetowych Xccontest w 2011 roku przed Kadrą Narodową, gdzie liczył się najdłuższy dystans po trójkącie, czyli wystartowanie i wylądowanie w tym samym miejscu – leciałem ok. 4 godzin. Bywało zimno, ale ciekawe widoki, które nie każdy ogląda przed pracą, np. wschód słońca, albo poranne mgły.

Z jaką szybkością latasz?

A. K. – Różnie, kiedy latam z pasażerem osiągamy ok. 45 km na godzinę. Kiedy latam sam i robię zdjęcia – ok. 50 km na godzinę. Ale gdy się ścigam lub chcę szybko przeskoczyć od jednego fotografowanego miejsca do drugiego, lecę 75 km na godzinę. To są prędkości samej paralotni względem powietrza, ale kiedy lecę z wiatrem o prędkości 25 km na godzinę, to te prędkości się sumują i względem ziemi łatwo wtedy osiągnąć 100 km na godzinę.

Jakie jest najbardziej niesamowite, czy najpiękniejsze miejsce, które widziałeś lecąc na motoparalotni?

A. K. – Każde miejsce jest niesamowite, wystarczy wznieść się 100 metrów nad nim. Często słyszę od moich pasażerów, którzy mają okazję widzieć pierwszy raz swoją okolicę z lotu ptaka „nie myślałem/am, że tak tu pięknie, to jest niesamowite”.

A można się z tobą zabrać w górę?

A. K. – Będzie to dla mnie duża radość, gdyż latanie z pasażerem to dla mnie jeden z najprzyjemniejszych rodzajów latania. Szczególnie, jak ktoś wzbija się w górę pierwszy raz, bo przypominają mi się emocje, które towarzyszyły mi przy moim pierwszym locie. Jeszcze nie miałem osoby, na której nasz wspólny lot nie zrobiłby wrażenia.

Na motoparalotni lata się przez cały rok?

A. K. – Tak, pod warunkiem, że nie pada deszcz, albo śnieg i za mocno nie wieje.

Nie chciałbyś się przesiąść z motoparalotni na inny sprzęt latający, np. szybowiec, albo samolot?

A. K. – Kiedyś przechodziłem badania w Dęblinie, bo chciałem latać odrzutowcami, ale na koniec drugiego dnia analiz, kiedy została mi już tylko komora niskich ciśnień, oddawali zdjęcia kręgosłupa i okazało się, że mam za słaby. Teraz marzy mi się nauka latania śmigłowcem. Zawsze lubiłem trudne zadania, a nauka latania tym statkiem powietrznym trwa podobno dwa razy dłużej niż awionetką. W dodatku helikopter jest bardziej odporny na warunki atmosferyczne od paralotni. Może to będzie mój kolejny stopień lotniczego wtajemniczenia?

Rozmawiał Dariusz Mieczysław Mól, fot. Tomasz Ługowski, Krzysztof Romicki

Polecieć na motoparalotni

Adam Książek sprzęt potrzebny do tego, aby wznieść się w górę wozi w przyczepie samochodu, wystarczy mu więc kawałek łąki do startu. Na wspólny lot można się z nim umówić:

telefonicznie pod nr. 605 326 676,

przez e-mail: adam_ksiazek@o2.pl

lub stronę: https://www.facebook.com/krokwchmurach

Musisz się zalogować, by móc dodawać komentarze!
Znajdź nas na Facebooku
TYGODNIK STREFA MIŃSK
adres biura:
ul. Warszawska 161 (1 piętro)
05-300 Mińsk Mazowiecki
tel. + 48 724 822 000
e-mail: reklama@strefaminsk.pl
lub e-mail: biuro@strefaminsk.pl
projekt graficzny: E-HO - agencja reklamowa - Mińsk Mazowieckikodowanie, system zarządzania