Tygodnik Strefa Mińsk NR 11/12 (367/368)

Trzeba jakoś żyć

Człowieczy los nie jest bajką ani snem

Opublikowano: 4 Sierpnia 2014, Poniedziałek, 13:25
Autor: admin
 0 1 0

„Człowieczy los nie jest bajką ani snem” – śpiewała Anna German. W przypadku Michała* „los niesie z sobą trudy, żal i łzy”. Porzucony przez żonę, opiekuje się trójką niepełnoletnich dzieci. Na jego głowie jest gotowanie, pranie, pilnowanie lekcji. Jest na rencie, ma padaczkę, cukrzycę, chorobę wieńcową. Ogrom nieszczęść w jednym człowieku, ale się nie poddaje, choć...

– Żyję w stresie, w nerwach. Całą naszą czwórkę muszę utrzymać za alimenty 320 zł i 401zł rodzinnego. Teraz mam jeszcze rentę. Nie mogę pracować, bo w domu trzeba tak dużo robić: garnki zmywać, obiad gotować, wszystkiego dopilnować. I coraz częściej choroba mnie łapie – mówi Michał.

Mężczyzna ma rozpoznaną padaczkę, cukrzycę, chorobę wieńcową. Jest pod stałą opieką neurologa i jak sam mówi: lekarze w przychodni znają i jego, i jego dolegliwości. A te z wiekiem postępują. Swoje robi też codzienne życie w stresie, odpowiedzialność za dzieci i ciąganie „po sądach” z byłą żoną. Kiedyś wszystko wyglądało inaczej. Gdyby przed laty ktoś powiedział Michałowi, że będzie tak, jak teraz, nie uwierzyłby, choć ponoć wszystko zapisane jest „gdzieś tam w górze, w wielkiej księdze”.

Na początku...
– Mieszkałem na wsi. A wiadomo jak to na wsi, zawsze jest robota. Padaczkę miałem od dziecka. Przeważnie rano, na czczo łapał mnie atak. Może i ta cukrzyca już się wtedy robiła? Nie wiem. Rodzice myśleli, że ja tak specjalnie, żeby nie chodzić do szkoły. „Ubieraj się i idź” – krzyczała matka. I tyle lat się męczyłem. Skończyłem18 wiosen, zawodówkę. Potem poszedłem do pracy, jako spawacz. Ale różne roboty robiłem. Kiedyś zbiornik malowałem i od tamtej pory, nie wiem, chyba się zatrułem farbą. Zaczęło mi się robić coraz gorzej. Pięć lat przepracowałem i trzeba było iść na rentę. Taką czasową na rok, dwa – zaczyna swoją opowieść Michał.

– Żona mnie zostawiła w 2011 roku, w sierpniu. Tak z dnia na dzień. Wcześniej oszukiwała, że do matki jedzie, odwiedzić, pomóc jej, a ja stałem przy kuchni i gotowałem, pilnowałem dzieci. A ona, jak pracowała w sklepie, to tam sobie przez internet kogoś poznała. Wracała do domu o pierwszej czy drugiej w nocy. „Musiałam ryby myć” – tłumaczyła się. Pewnej soboty powiedziała, że znów musi jechać do matki. To mówię jej: „weź któreś dziecko”. A ona, że nie i nie. No dobra, pojechała. Kiedy wróciła zapytałem, co tam u matki? „Wszystko dobrze” – usłyszałem. A w tygodniu jakoś teściowa zadzwoniła i pyta, co tam u nas i żali się, że jej nie odwiedzamy. „No jak nie” – mówię jej na to – „przecież dopiero co w sobotę Agata* u mamy była”. „Jak była?” – zdziwiła się w tym telefonie. Żona akurat miała wolne, na łóżku leżała. I ja sobie pomyślałem, że coś to nie pasuje. Pytam jej, co kombinuje. A ona wtedy zaczęła coś kręcić. W końcu najadła się prochów i zamknęła w łazience. Wołaliśmy, tłuklismy w drzwi, a ona nic. No to zadzwoniłem po pogotowie. Kiedy przyjechało, wraz nie chciała otworzyć. To pogotowie zadzwoniło po policje, która wyłamała drzwi. Wywieźli ja „na Pruszków”. Poleżała tam trochę. Jak wyszła, mieszkaliśmy razem jeszcze trochę. Ale żyliśmy jak pies z kotem.

Jej nie obchodziły dzieci…
– Aż któregoś dnia z rana, jakoś tak pod koniec sierpnia Agata powiedziała, że jedzie do matki. Stanąłem w drzwiach i odparłem, że nigdzie nie pojedzie, niech się leczy, leży w domu, niech się za siebie weźmie – przekonywałem. A ona wraz się szykuje. No to ja dom na kluczyk zamknąłem. Ale ona dalej robi swoje. Miała już widać przygotowany plan. Wcześniej w piwnicy schowała sobie walizeczkę, a sama bryzg przez balkon – a mieszkamy na parterze – i już jej nie było. Poszła. A ja nie wiedziałem gdzie. Przecież nie wylecę za nią, bo dzieci trzeba pilnować. Jednak kilka godzin później przyszła. Otworzyła sobie drzwi, bo miała klucze, weszła z walizeczką i zaczęła się pakować. Zdębieliśmy wszyscy. Dzieci patrzyły oniemiałe. Córka jeszcze mała była, do szkoły pierwszy rok miała iść. Książki nie kupione, ubrania nie kupione, a ona się pakuje i jeszcze mówi do mnie: „Daj mi jakieś torby”. Myślę, że może do matki, może gdzie, bo co innego mogłem wtedy myśleć. Dałem jej torbę, taką szmacianą, dużą. Ale starsze córki mam przebiegłe, nie powiem i jedna zaczęła nagrywać, jak gadaliśmy. Pytam ją: „Gdzie ty idziesz?” A ona nic. Kiedy wyszła z domu, to ja za nią z córką. Zatrzymała się, zaczęła rozglądać, w końcu wyjęła telefon i dzwoniła. Za chwilę podszedł do niej taki zaślimaczony buras z odstającymi uszami. No to pytam go: „Co ty, zabierasz mi kobietę, przecież to matka trojga dzieci”. A on śmieje się i mówi: „Ja nie wiem, ja ją przez internet poznałem”. I poszli. A córka cwana, co raz telefonem pyk robiła zdjęcia. I szliśmy za nimi. Tłumaczyłem: „Agata, zastanów się co robisz”. Poszli na stację PKP. Mam przecież nagrane, jak gadam z nim: „Chłopie, zastanów się, zabierasz matkę dzieciom” – mówiłem.
Potem zadzwoniłem do jej matki i powiedziałem, że Agata uciekła. Matka ją wyklinała, że co ona zrobiła. I tyle. Pierwsze, co zrobiłem, to poszedłem na policję. Dałem zgłoszenie, że moja żona z nieznaną mi osobą odjechała. Policja wydała mi świstek, bo przecież jakby co, to byłbym jeszcze podejrzany o coś. Albo, że ją wygnałem. A ja mam wszystko nagrane i nikt mi nie powie, że ją wyrzuciłem. Przecież za nią tęskniłem, płakałem. Minęło kilka miesięcy i nic: ani jej, ani pieniędzy, a ja dziećmi musiałem się zajmować.

Ciąganie po sądach...
– Wreszcie przyszło pismo o rozwód. Pożyczyłem sobie od mojego byłego szefa pieniędzy i wynająłem adwokata. Nikt mi nie polecił. Znalazłem taką adwokatkę w Siedlcach, bo tam Agata założyła sprawę o rozwód. Po rozwodzie ona mówi, że mam jej dać 150 zł. Zapytałem, na co? Przecież tyle czasu nie dawała pieniędzy na dzieci. To nie ja chciałem rozwodu, tylko ona. Błąd jeden popełniłem – to każdy mi mówi – że podpisałem rozwód bez orzeczenia o winie. A ja nie chciałem tego ciągnąć. Chciałem tę gehennę jak najszybciej skończyć ze względu na dzieci. Rozwód moment się odbył. Ale ta moja adwokat cwana była i założyła sprawę o alimenty, czy zabezpieczenie. Nie wiem, bo nie znam się na tym. A chodziło o to, aby od tego dnia, co ona poszła, to powinna mi płacić.
A w sądzie ta moja mówi tak, że mieszkanie musi wynajmować, że mąż – niby ja – to pijak, łajdus i musiała ode mnie uciekać. Ale sąd taki był, że nakazał przesłuchać i dzieci. I potem popatrzyli, że ja jestem człowiekiem normalnym. A to ona jest psychiatryk. Pokazałem w sądzie papiery, jak się truła. No i dzieci przyznali mi. A ona miała rentę 520 zł, to na dzieci przyznali mi tylko 320 zł. Na troje dzieci. No dobra, niech będzie i to. Tylko, że upłynął jeden, potem drugi miesiąc, a ona nie płaciła. Znów pojechałem do Siedlec, do komornika. Tylko że komornik nie mógł jej znaleźć. Wreszcie ją jakoś odszukali, ale okazało się, że ona nie może płacić tyle, ile nakazał sąd, tylko170 zł, bo nie ma za co żyć, bo tak biedna jest, bo u koleżanki mieszka i że jej musi płacić. A ja potem dowiedziałem się, że ona u tego chłopa cały czas mieszkała. I te parę miesięcy płaciła 170 zł.
Któregoś dnia jakoś tak ciepło było i siedziałem z najmłodszą córką przed domem, a sąsiadki mi mówią: „Człowieku, idź do funduszu alimentacyjnego”. Nawet nie wiedziałem, że takie coś jest. Ale tak zrobiłem. Poszedłem, pokazałem to pismo i oni zaczęli mi dopłacać do tych jej 170 zł, żeby było w sumie 320 zł.

Sprawa mieszkania...
– Teraz moja była zaczyna jakieś głupoty wymyślać. Chce mnie wymeldować. A sytuacja z mieszkaniem jest taka, że jak się poznaliśmy z Agatą, to nikt mi nie powiedział, że ona ma grupę inwalidzką. Oszukiwali mnie. Chwalili, że taka gospodarna, że będzie robić. A to nieprawda była. Wychowywała się z matką i babką. A ja na wsi miałem dom ładny, piętrowy, gospodarkę. Byłem 12 lat od niej starszy. Przyjechali pewnego dnia i nie wiadomo kiedy: bach-bach i żenić się. A przecież żenić się nie musiałem, niech dziecko najstarsze powie, kiedy się urodziło. Za dwa, czy trzy lata po ślubie mieliśmy dopiero pierwszą córkę. Ale wracając do sprawy, to matka założyła Agacie książeczkę mieszkaniówkę i na tej książeczce było 250 zł. Cały jej majątek. Ale na książeczkę wpłacaliśmy. Bo to sprzedało się świnie, to mówiłem: „weź, jedź, wpłać”. A ta zamiast wpłacić pieniądze, to telewizor kupiła. Do dziś stoi. Potem to już ja sam wpłacałem. Z tego nazbierało się trochę. Zaczęliśmy szukać mieszkania w mieście. W końcu kupiliśmy 36 metrów Zacząłem w tym czasie pracować, a jeszcze dogadałem się z pracodawcą, że pożyczę pieniądze na większe mieszkanie. Tamto sprzedaliśmy, teraz jest to. A ona teraz cały czas ze mną walczy. Zamiast pomyśleć o dzieciach, żeby miały gdzie mieszkać, to teraz robi wycenę, że mam ją spłacić.

Choroba się pogłębia...
– Nie wiem, ja tego nie wytrzymam, tych nerw. I jeszcze ta moja choroba coraz bardziej się pogłębia. Mam padaczkę z różnymi objawami. W maju tego roku, ok. godz.16 poczułem, że mnie bierze. No to co robię? Ratuję się. Albo wzywam pogotowie, albo jak jestem w stanie, to lecę do szpitala. Poszedłem na SOR. Zostałem przyjęty, zapisany, zaprowadzono mnie do gabinetu. Doktor mnie zobaczył i powiedział: „Dawać łóżko”. Wywieźli mnie na korytarz. Nie wiem, ile czasu leżałem na korytarzu. Wreszcie wychodzi jakiś lekarz w niebieskim, ten sam, przez którego kiedyś zostałem zrobiony alkoholikiem. Jak go zobaczyłem, od razu gorszy chory się zrobiłem. I tylko usłyszałem: „Co z tym menelem robimy?” Jak to usłyszałem, to sam uciekłem ze szpitala. Nie pamiętam, co było dalej, ale jak córka mnie znalazła, to leżałem na przystanku. A jakbym tak wszedł pod samochód? Kto dzieciom dałby jeść? Wezwano do mnie policję, żandarmerię. Podobno, że chcieli mnie do „Pruszkowa” wywieść, ale nie mieli samochodu. A wszystko przez to, że często przychodzę na SOR. A gdzie mam pójść? Do kościoła, do księdza? Wzięto mnie ponownie do szpitala. Dali lek uspokajający. I puściło. Ten lekarz nie wie chyba, jak wygląda padaczka? A oprócz niej mam jeszcze cukrzycę i chorobę wieńcową.

– Wcześniej nigdy nie było problemu na SOR, ale ostatnio potraktowali tatę jak pijaka. Nie chcieli nawet zmierzyć ciśnienia. Wzięłam go do domu, zmierzyliśmy ciśnienie i z tym wynikiem znów poszliśmy na SOR. Lekarze wmawiali, że tata jest pijany. A przecież tata nie pije. Mam nadzieję, że już więcej tak się nie stanie – mówi najstarsza córka Michała.

– Stale leczę się u neurologa, biorę kupę leków. O, to ostatnie recepty. Jeszcze nie wykupiłem, bo na razie nie mam pieniędzy. Nie wiem, jak to wszystko będzie? Co jeszcze Agata wymyśli? Ale córki mam dobre. Tak sobie myślę, że razem to wszystko przetrzymamy. Jakoś trzeba przecież żyć – zapewnia Michał...

Tekst Anna Kowalczyk
Reportaż powstał na podstawie informacji Czytelnika
napisz do autorki: anna.kowalczyk@strefaminsk.pl

* imiona bohaterów zostały zmienione

Musisz się zalogować, by móc dodawać komentarze!
Znajdź nas na Facebooku
TYGODNIK STREFA MIŃSK
adres biura:
ul. Warszawska 161 (1 piętro)
05-300 Mińsk Mazowiecki
tel. + 48 724 822 000
e-mail: reklama@strefaminsk.pl
lub e-mail: biuro@strefaminsk.pl
projekt graficzny: E-HO - agencja reklamowa - Mińsk Mazowieckikodowanie, system zarządzania