Tygodnik Strefa Mińsk NR 11/12 (367/368)

To nie jest nauka tajemna

Od ponad 30 lat Ryszard Ulman zajmuje się bioenergoterapią i terapią manualną kręgosłupa. Był współzałożycielem Polskiego Cechu Bioenergoterapeutów oraz organizacji zrzeszających polskich uzdrowicieli.

Opublikowano: 11 Listopada 2012, Niedziela, 14:43
Autor: admin
 0 0 0

Od ponad 30 lat Ryszard Ulman zajmuje się bioenergoterapią i terapią manualną kręgosłupa. Był współzałożycielem Polskiego Cechu Bioenergoterapeutów oraz organizacji zrzeszających polskich uzdrowicieli. Wydał wiele książek dotyczących medycyny energetycznej i wykształcił kilka pokoleń healerów, także w Holandii, USA czy Zjednoczonych Emiratach Arabskich. W Mińsku prowadzi Centrum Szkoleń i Terapii Naturalnych, a w „Strefie” opowiada o początkach swojej pracy i pokorze wobec wiedzy, którą zdobył...

Każdy człowiek dysponuje energią, która ma moc uzdrawiania?

Ryszard Ulman (R. U.) – Naukowcy twierdzą, że każda żywa istota posiada taką energię (m.in. dr Burr i dr Gurwicz). A człowiek, z racji systemu nerwowego, którym dysponuje, posiada największą. Można to porównać do przewodów elektrycznych, które tworzą wokół siebie pole. Takimi przewodami u człowieka są przede wszystkim układy nerwowe, przewodzące impulsy dające prąd. Z kolei prąd daje pole. Istnienie takiego pola u człowieka zostało też potwierdzone przez specjalistyczne przyrządy pomiarowe. Proszę pamiętać, że o tym, co potwierdza teraz nauka, mówili parę tysięcy lat temu ludzie zajmujący się na kontynencie indyjskim nauką tajemną.

Była to wiedza dla wybrańców, a czy teraz też tak jest?

R. U. – Teraz ta nauka jest dla wszystkich, choć jeśli chodzi o różnych uzdrowicieli, to zdarza się, że nie mają oni żadnego przygotowania, np. nie kończyli żadnych kursów masażu, terapii manualnej, otwierają gabinety i zaczynają „leczyć”. Takie praktyki kończą się czasem fatalnie, co wykorzystują np. lekarze jako dowód, że bioenergoterapia czy terapia manualna nie działaja, albo że wręcz szkodzi.

Jak w takim razie odróżnić dobrego bioenergoterapeutę, od takiego, który nie ma żadnego przygotowania i może nam zrobić krzywdę?

R. U. – Przede wszystkim profesjonalista ma certyfikaty potwierdzające zawodowe szkolenie, jest zarejestrowany w Cechu lub Stowarzyszeniu branżowym, ma stałe miejsce przyjęć, nie obiecuje cudownych uzdrowień w przypadkach bardzo trudnych lub terminalnych. O ile pobiera opłaty za usługi, to ma zarejestrowaną działalność gospodarczą. Dobrze jest wysłuchać również opinii innych pacjentów korzystających z jego usług. To dobra rekomendacja.

Skoro sami mamy energię, a nauka związana z jej wykorzystywaniem jest dla wszystkich, to dlaczego nie korzystamy świadomie z własnej mocy?

R. U. – Właśnie dlatego, że wciąż uważamy, że to wiedza dla wybrańców. Myślę też, że wynika to z naszej kultury, mentalności, niewiedzy. Poza tym, różni uzdrowiciele podtrzymują tę opinię, bo wybraniec pod każdym względem korzysta. Ponadto, psycholodzy mówią, że ludzie dzielą się na dawców i biorców. Tego też się nie przeskoczy. Z drugiej strony, każdy z nas nieświadomie, podprogowo korzysta z tej energii. Weźmy to, w jaki sposób dobieramy się w pary. Nie zdajemy sobie sprawy, że wynika to z koincydencji fal naszego promieniowania, wibracji, koloru. Drugi człowiek odbiera te fale także nieświadomie i na poziomie świadomym mówi, że dobrze mu jest z kimś lub nie. Albo jeszcze inny przykład – matka potrafi oddać bardzo dużą energię choremu dziecku, nie wiedząc o tym, że ją oddaje. Czasem racjonalizuje to mówiąc: „Boże zabierz mnie, weź moje zdrowie, a zachowaj moją córkę czy syna”. Jest to niesamowita afirmacja. Czasem też wchodzimy do pokoju i czujemy się źle, choć nie wiemy dlaczego, a po prostu znajdujemy się na cieku wodnym. Podświadomie to odbieramy. Wszystko, co żyje dzieli się swoją energią – zarówno tą dobrą, jak i tą złą.

Jest dobra i zła energia?

R. U. – To jest uproszczenie – potrzeba rozróżniania pozytywu i negatywu. W rzeczywistości tym transformatorem energii na dobrą i złą jest nasze wnętrze, psychika, mentalność, cechy charakterologiczne, może też intencje i motywacje.

Jak pan odkrył, że ma w sobie energię, która może pomagać innym?

R. U. – To była długa droga (śmiech). Najlepiej też, jeśli takie predyspozycje w nas odkryje ktoś inny, bo jeśli samemu doświadcza się niezrozumiałych dla siebie zjawisk, to można myśleć, że coś jest z nami nie tak. W moim przypadku sam odkrywałem różne rzeczy. I na początku wcale nie było łatwo. Jako absolwent kierunku geodezji Wojskowej Akademii Technicznej i zawodowy wojskowy myślałem bardzo racjonalnie.

Czemu np. nie chciał pan dać wiary?

R. U. – (Śmiech). To było może w 1975 lub 1978 roku. Mój znajomy, płatnerz Krzysztof Panas, który zajmował się także radiestezją wziął wahadełko i trzymał je nad moją ręką. Kiedy zaczęło się poruszać, pomyślałem, że może jakoś delikatnie, choć jego ręka była stabilna, wprawia je sprytnie w ruch. Zastanawiałem się też, że to może jakaś sugestia. Ale jednocześnie czułem mrowienie w ręce. Oczywiście, zapytałem go od razu, o co w tym wszystkim chodzi. I usłyszałem krótki wykład o podstawach harmonii i radiestezji. Jeśli wahadełko kręci się w prawo, to jest pozytywnie, a jak w lewo to negatywnie. Jak między ludźmi jest harmonia, to wahadło wychyla się wzdłuż, a jak nie ma, to wychyla się w poprzek. Kiedy wróciłem do Warszawy, poszedłem na szkolenie radiestetów do Pałacu Kultury. Myślałem, że się dobrze zabawię, ale stało się zupełnie inaczej. Trafiłem na wykład o technikach eksterioryzacji (wrażenie postrzegania świata spoza własnego ciała fizycznego – przyp. red.). Miałem takie doznanie, pracując w terenie jako geodeta – pewnego dnia zobaczyłem swoje ciało z góry. Na wykładzie dowiedziałem się, że ludzie ćwiczą miesiącami, żeby uwolnić swoją świadomość i zobaczyć siebie czy swoich bliskich z takiej perspektywy. Ja tego sam doświadczyłem. W Pałacu kupiłem też wiele książek o radiestezji oraz innych zjawiskach i zacząłem ćwiczyć. Po jakimś czasie umiałem np. znajdować wodę u znajomych na działkach.

A potem poszedł pan na wykład o hipnozie Stefana Abramowskiego...

R. U. – To było w 1980 r. podczas wczasów w Juracie. Poszedłem na wykład i Abramowski mnie zahipnotyzował. Jak wyszedłem z transu powiedziałem: „Stefan miałem wrażenie, że przeze mnie przechodzą jakieś fale, co to było?”. Zaczęło do mnie docierać, że we mnie coś jest. Jeszcze tego samego dnia poprosiłem żonę, czy mogę na niej spróbować podobnego działania. Zgodziła się, a ja prowadziłem ręce nad jej nogami. Zapytałem ją, co czuje. Odpowiedziała, że chłód, jakbym coś ściągał z jej nogi. Kiedy trzymałem ręce przy jej kolanach, poczułem w rękach, jakby wbijały się w nie igły. Wtedy dowiedziałem się, że gdy Mira była młoda, miała bardzo ostre zapalenie stawów kolanowych. Zrozumiałem, że czuję chorobę. Później zacząłem „badać” wszystkich znajomych na wczasach. Wtedy w ogóle nie znałem anatomii. Mówiłem – „tu coś czuję”, i w odpowiedzi słyszałem, np. „tak miałem wrzody żołądka”. Pod koniec turnusu jedna z koleżanek zapytała: „Ryszard, powiedz, w którym miejscu boli mnie głowa”. Zamknąłem oczy i zacząłem przesuwać nad nią rękoma. „Wiesz co, wydaje mi się, że gdzieś tu” – stwierdziłem. Przytaknęła i szybko dodała – „zrób mi tak jeszcze dwa, trzy razy, bo jak tak prowadzisz ręce, to jakbyś mi tę chorobę zdejmował”. Można powiedzieć, że wtedy narodził się terapeuta, choć jeszcze wiele musiałem się nauczyć.

Gdzie się pan uczył?

R. U. – Pierwszy kurs to była Akademia Życia Lucyny Winnickiej. Potem skończyłem kursy radiestezji, bioterapii, masażu. Ale można powiedzieć, że razem z podobnymi mi zapaleńcami doskonaliliśmy swoje umiejętności. Na początku lat 80. odbywały się w Warszawie Kongresy Psychotroniczne. Wspólnie z Jerzym Lewandowskim i Barbarą Rudzińską podjęliśmy decyzję, że w piwnicy przy ul. Radomskiej będziemy się regularnie spotykać i pomagać potrzebującym. W 1982 r. Zarząd Polskiego Stowarzyszenia Radiestetów zatwierdził naszą Pracownię Bioterapii. Wkrótce dołączyli do nas jeszcze Andrzej Lisiak, Ela Kędzierska i inni. Wymienialiśmy się doświadczeniami oraz opracowywaliśmy różne metody diagnozowania i leczenia. Pracownia Bioterapii była pierwszym miejscem o takim charakterze w Polsce i na świecie. Mogę powiedzieć, że udawały się nam rzeczy, które w tej chwili coraz trudniej jest zrobić. Wtedy nie było dla nas rzeczy niemożliwych. Współpracowali z nami lekarze, robili badania, opisywali stan chorych przed naszymi zabiegami i po nich. Okazało się, że zajmowaliśmy się samymi pomyłkami, bo wielu specjalistów nie mogło uwierzyć, że np. może zniknąć mięśniak wielkości główki dziecka. Zebraliśmy naprawdę ogromną dokumentację medyczną wszystkich przypadków, nad którymi pracowaliśmy.

I w końcu bioterapia zyskała status zawodowy?

R. U. – Przygarnęło nas rzemiosło, bo medycyna nie chciała. I do dzisiaj w Izbach czy Związkach Rzemiosła odbywają się egzaminy czeladnicze i mistrzowskie w zawodzie bioenergoterapeuty. Sam wchodzę w skład komisji egzaminacyjnej, która przyznaje tytuły czeladnika czy mistrza bioenergoterapii.

Napisał pan też wiele książek i uczy zawodu.

R. U. – Moja pierwsza książka nosiła tytuł „Wstęp do bioterapii. Kapłani, królowie uzdrawiacze i bioterapeuci”. Zebrałem w niej nasze doświadczenia z Pracowni. Potem było wiele innych publikacji. A jeśli chodzi o kursy, to rzeczywiście uczę bioenergoterapii według autorskiego programu. Zresztą nie tylko bioterapii, ale też clavipunktury, litotermoterapii, hipnozy, terapii na bazie rysunku. Jestem również trenerem psychobioenergetyki i w tym zakresie prowadzę rożne szkolenia i badania w bankach oraz innych organizacjach.

Czytałem też, że bioterapia to pewna forma psychoterapii, sugestii.

R. U. – To prawda. Jest wielu bioterapeutów, którzy skończyli studia psychologiczne, bo widzą, że taka wiedza jest bardzo potrzebna. I nie chodzi tu o jakieś psychologiczne techniki, tylko bliskość, poczucie bezpieczeństwa, umiejętność rozmowy i słuchania drugiego człowieka, który przychodzi na wizytę.

O co pyta pan pacjenta?

R. U. – Przede wszystkim pytam, co panią/pana do mnie sprowadza? Jaki problem? To ważne, żeby pacjent przyszedł z własnej woli. Człowiek jest całością i nawet, jeśli przychodzi do mnie, bo boli go żołądek, to i tak zobaczę, czy nie dolega mu coś jeszcze. To nie jest tak, że dokładam mu kolejne schorzenia, aby go przestraszyć, tylko pokazuję mu związek z życiem, jedzeniem, tym, co w nim jest. Często jest tak, że choroba jest wynikiem czegoś zupełnie innego. Pamiętam, że przyszedł do mnie człowiek biznesu z bólami kręgosłupa. Dopiero, jak udało mi się naprawdę go rozluźnić, zaczął opowiadać o swoich problemach w relacjach z żoną i w pracy. Kiedyś pewna kobieta powiedziała mi, że „wmówiłem jej chorobę”. A ja tylko pokazałem coś, co dopiero się rozwijało – „ale mnie nie bolało” – odparła. Owszem, to nie bolało, ale już w niej było – chodziło o torbiele na jajnikach. Dla niej to była magia, bo facet popatrzył na nią, zeskanował wzrokiem lub ręką i powiedział coś, czego ona nie oczekiwała – przecież przyszła z zupełnie inną dolegliwością. Jeżeli pacjenci mają też ze sobą badania, dokumentację choroby czy zdjęcia rentgenowskie lub USG także je oglądam, gdyż jest to podstawa do działania, wyboru odpowiedniej metody terapeutycznej i oczywiście weryfikacji po terapii kolejnym badaniem lub odczuciem pacjenta.

Ma pan w swojej karierze bioenergoterapeuty przypadki, z których jest pan szczególnie dumny?

R. U. – W ciągu trzydziestu lat byłem świadkiem wielu uzdrowień ludzi, których konwencjonalna medycyna spisywała na straty. Pamiętam chłopca potrąconego przez samochód, który miał krwiaki i guz w okolicy pnia mózgu. Lekarze uznali go za przypadek terminalny. Udało mi się go uratować, a krwiaki i guz znikły. Pewna kobieta po wylewie krwi do mózgu była praktycznie sztucznie podtrzymywana przy życiu. Po miesiącu zabiegów bioterapii odzyskała wzrok, mowę i zaczęła poruszać się o własnych siłach. Do dziś utrzymuję z nią kontakt...

A leczy pan członków swojej rodziny?

R. U. – Jest takie powiedzenie, że szewc bez butów chodzi. Czasem, może się tak zdarzyć, że ktoś z moich bliskich zachoruje i nie mogę mu pomóc, bo za bardzo jestem zaangażowany emocjonalnie. Owszem, mam świadomość, co to za choroba, ale z drugiej strony jestem bezsilny – wpadam w coś w rodzaju impotencji energetycznej. To uczy pokory, bo nie zawsze można pomóc. Zresztą, podobnie jest w środowisku lekarzy – lekarz nie powinien leczyć osobiście swoich najbliższych.

Powiedział pan coś bardzo ciekawego, że nie zawsze można pomóc. Słynny rosyjski badacz i terapeuta Siergiej Łazariew stwierdził, że przestał leczyć, bo jak np. pozbył się u pacjenta guza, to potem zapadł on na inną chorobę, albo w jakiś sposób dostał w kość od życia.

R. U. – Łazariew jest jednym z wielu, którzy próbują szanować prawo karmy. Powiedział tak – „idę do pacjenta, ale jak czuję, że nie mogę mu pomóc, to tego nie robię, bo wiem że to się może przeciwko niemu i mnie odwrócić”. Pamiętam, że ja i wielu kolegów śmialiśmy się z niego, ale minęło parę lat i też doświadczam takich rzeczy – wchodzi pacjent i coś we mnie mówi, żeby go nie dotykać. I nie robię tego.

Widzi pan aurę drugiego człowieka, potrafi wyczuć i zobaczyć chorobę, dostrzec to, czego inni nie widzą. Nie czuje się pan trochę jak Bóg?

R. U. – Zdaję sobie sprawę, że to może sprawić, że człowiekowi odbije. Znam wielu kolegów, którzy właśnie czują się tak, jak pan powiedział. I to jest dramat, ale nie ma na to lekarstwa. Powiem tak – im więcej wiem i umiem, tym czuję się jeszcze mniejszy. Przez wszystkie lata swojej bioenergoterapeutycznej praktyki niejako dorastałem. To, co kiedyś wydawało mi się możliwe, teraz wzbudza we mnie wątpliwości. Jak już powiedziałem – trzeba mieć w sobie pokorę. Zresztą, życie uczy pokory.

Czy bioenergoterapeuta może stracić swoją energię?

R. U. – Zajmowałem się przypadkami kolegów, którzy np. 20 lat temu skończyli wiele szkoleń, przez wiele lat praktykowali zawód i po tym czasie przyszli znowu do mnie na kurs. Zawsze pytałem ich, „dlaczego to robią?”. „Bo już nic nie czuję, bo straciłem energię” – odpowiadali. Owszem, energię się traci, ale można ją odzyskać poprzez zdolność pobierania energii. Ale tu działa jeszcze coś innego. Żeby bioenergoterapeuta mógł pracować z drugim człowiekiem, musi też umieć pracować ze sobą. Trzeba przerobić pewne swoje problemy i dlatego zaczęliśmy rozszerzać kursy bioterapii o elementy pracy ze sobą. To cała masa godzin medytacji, relaksu, podczas których poznaje się swoje uwarunkowania nie tylko energetyczne, ale też psychologiczne i psychiczne. To bardzo ważne w tej pracy.

Czy jest szansa, aby bioenergoterapia i medycyna energetyczna mogły współpracować z medycyną konwencjonalną. Żeby ta ostatnia nie patrzyła na takie osoby, jak pan, niczym na szarlatanów?

R. U. – Nieoficjalnie wielu lekarzy z nami współpracuje, nawet w Mińsku. Do 1985 r. działałem jako bioenergoterapeuta w Fundacji Zdrowia przy Akademii Medycznej w Warszawie oraz przychodni Medica przy ul. Panieńskiej również w stolicy. Ale oficjalnie, od 1985 r. decyzją Rady Naukowej PAN i Ministerstwa Zdrowia obowiązuje lekarzy zakaz współpracy z medycyna naturalną. Mam przyjaciół lekarzy, którzy kończyli u mnie kursy i sami, po cichu świadczą takie usługi. W miarę cywilizowania naszych przepisów medycznych, zgodnie z projektami unijnymi, taka współpraca będzie wręcz obowiązkowa. Mam nadzieję, że okaże się to najlepszą weryfikacją terapii naturalnych.

Rozmawiał Dariusz Mieczysław Mól, fot. z archiwum Ryszarda Ulmana, DM

Musisz się zalogować, by móc dodawać komentarze!
Znajdź nas na Facebooku
TYGODNIK STREFA MIŃSK
adres biura:
ul. Warszawska 161 (1 piętro)
05-300 Mińsk Mazowiecki
tel. + 48 724 822 000
e-mail: reklama@strefaminsk.pl
lub e-mail: biuro@strefaminsk.pl
projekt graficzny: E-HO - agencja reklamowa - Mińsk Mazowieckikodowanie, system zarządzania