Tygodnik Strefa Mińsk NR 17/18 (373/374)

Bokser, czyli Rafał „Wojownik” Jackiewicz

Jego historia to gotowy materiał na scenariusz filmowy. Bez wątpienia jest jedną z najbarwniejszych postaci polskiego boksu i najlepszym przykładem na to, że w życiowym ringu trzeba przede wszystkim pokonać siebie.

Opublikowano: 2 Listopada 2012, Piątek, 12:21
Autor: admin
 0 0 0

Jego historia to gotowy materiał na scenariusz filmowy. Bez wątpienia jest jedną z najbarwniejszych postaci polskiego boksu i najlepszym przykładem na to, że w życiowym ringu trzeba przede wszystkim pokonać siebie. Jego życie nie zawsze było usłane różami, ale wszystko, co osiągnął zawdzięcza wyłącznie sobie i ciężkiej pracy. Jest uznawany za jednego z najbardziej walecznych polskich zawodników, stąd też nadano mu przydomek „Wojownik”. 10 listopada Rafał Jackiewicz zmierzy się z niepokonanym anglikiem Richardem Goddingiem w Hamburgu, a w „Strefie” mówi o przygotowaniach do walki i swoich pasjach...

Zawsze chciałeś być bokserem?

Rafał Jackiewicz (R. J.) – Nie, zawsze chciałem być kickboxerem. Za moich młodych czasów kickboxing był bardziej dostępny.

A kiedy byłeś małym chłopcem, to...

R. J. – Chciałem zostać złodziejem (śmiech). Często bawiliśmy się z chłopakami w policjantów i złodziei. Nawet, jeśli nie chodziło o zabawę, to zawsze chciałem być złodziejem, bo myślałem, że w życiu jest takim łatwiej. Zmieniłem zdanie dopiero w wieku 25 lat i na dobre zająłem się boksem (śmiech).

Jak zaczęła się twoja kariera sportowa?

R. J. – Na zabawach i dyskotekach, kiedy trzeba było stanąć w czyjejś obronie (śmiech). Tak naprawdę zacząłem trenować, kiedy poszedłem do szkoły średniej. Mirosław Kaczorek prowadził treningi kickboxingu. Po półtora roku pojechałem na pierwsze zawody i zdobyłem brązowy medal w Mistrzostwach Polski Juniorów.

Twoja najtrudniejsza walka...

R. J. – Walka o życie w 2002 roku, kiedy dostałem nożem w serce (Rafał miał przebitą prawą komorę serca – przyp. red.). To wydarzenie bardzo mnie zmieniło. Przewartościowało mi się wszystko. Mój syn miał wtedy rok. Gdyby nie siła i chęć do życia oraz determinacja mojego ciała, zupełnie jak przed walką, to już by nie było. Myślę, że dzięki temu, że walczę i jestem sportowcem to w ogóle żyję. Tylko to zaważyło, że przetrwałem wszystko, co mnie spotkało.

A w ringu?

R. J. – 4 września 2010 na gali w Lublanie przegrałem pojedynek z Janem Zaveckiem. Wygrał ze mną zdecydowanie, ale mnie nie pokonał. Walczył u siebie i okazał się lepszy. Z drugiej strony, tak sobie myślę, że jeszcze mogę i mam szansę zamieszać w świecie zawodowego boksu. Sadzę, że trafi się jeszcze taka walka.

Z kim chciałbyś skrzyżować rękawice?

R. J. – Prywatnie z ojczymem. Zmarnował i zniszczył mi kawał życia. A w ringu? Tak naprawdę nie ma to dla mnie znaczenia. Kocham boks, to moja pasja, ale generalnie walczę dla pieniędzy, więc mogę skrzyżować rękawice z każdym.

10 listopada, podczas gali w Hamburgu będziesz walczył w kategorii 68 kg z niepokonanym anglikiem Richardem Goddingiem. Wiem, że trenujesz do tego spotkania. Jak ci idzie?

R. J. – Przygotowuję się już od pięciu tygodni. Ostatni sparring miałem w piątek, tuż po Wszystkich Świętych. Muszę jeszcze zrzucić tylko cztery kilo. I to jest prawdziwa walka i wyzwanie. Ale dam radę.

A twój przeciwnik?

R. J. – Godding jest wysoki, mało agresywny i dobry technicznie.

Masz na niego sposób?

R. J. – Spokojnie. Wiem, co mam robić, a czego nie – presja, szybkość, dynamika, celność, serce do walki – to, co zawsze.

Wygrasz?

R. J. – Oczywiście. Nie ma możliwości, żebym przegrał. Tak naprawdę, dla Goddinga jestem największym testem w jego karierze, a dla mnie to kolejna mocna walka.

Jak wyglądają twoje treningi, gdy przygotowujesz się do walki?

R. J. – Trenuję dziewięć razy w tygodniu przez sześć dni. Dwa razy dziennie, co drugi dzień, raz dziennie również co drugi dzień po półtorej godziny. Do walki przygotowuję się w sumie około 7-8 tygodni. Przed samą walką biegam, aby zrzucić wagę, bo mam z tym problem.

Wszyscy wiedzą o twojej słabości do słodyczy, szczególnie do czekolady. Czy ta pokusa nie przeszkadza ci w treningach? Walczysz ze sobą i słodkimi słabościami, czy pozwalasz sobie na podjadanie?

R. J. – To nie jest małe podjadanie, tylko obżeranie się na całego (śmiech). Wydaję na słodycze bardzo dużo pieniędzy, a potem mam problem z wagą. Jestem słodyczojadem do tego stopnia, że kilka dni przed walką potrafię zrezygnować z kurczaka z warzywami, którego mam w diecie i na to konto zjeść ciastko, bo już nie mogę wytrzymać na bezcukrowej diecie. Po prostu pewne rzeczy są silniejsze ode mnie. Słodycze to mój nałóg – piękny zresztą (śmiech). Trener miał nawet pomysł, aby mnie z tym słodkoholizmem wysłać do psychologa, ale, tak naprawdę nie chcę z tym walczyć. W końcu z zawodu jestem cukiernikiem (śmiech).

A jak z kontuzjami podczas treningów?

R. J. – Nie mam większych problemów. Ewentualnie tylko sprawy przeciążeniowe. Poza tym, mimo że mam 35 lat, to nigdy nie byłem poważnie kontuzjowany. Może wynika to z tego, że mam doświadczenie i potrafię je dobrze spożytkować. Śmiało mogę powiedzieć, że się rozwijam.

Ile czasu po walce dochodzisz do siebie – fizycznie i psychicznie?

R. J. – Fizycznie przez trzy dni. Natomiast psychicznie – zależy, jakim wynikiem zakończyła się walka.

Analizujesz przegrane walki? Trudno ci się jest pogodzić z porażką?

R. J. – Przegranej w Słowenii do dzisiaj nie mogę sobie darować. Boli mnie również porażka w Anglii przed czasem w 2011 roku. W sumie, nigdy nie pogodziłem się z żadną z dziesięciu porażek w mojej karierze bokserskiej. W każdej chwili jestem gotów na rewanż. Nawet zdając sobie sprawę z tego, że moi rywale są lepsi, wsiadam i jadę, jeśli tylko zadzwoni telefon.

Co sądzisz o walkach bokserskich kobiet?

R. J. – Nie przeszkadzają mi. Skoro chcecie równouprawnienia to walczcie (śmiech).

Wszyscy pamiętamy twoje słynne już oświadczyny w ringu. Niejedna kobieta chciałaby przeżyć coś takiego, jak twoja żona. Długo to planowałeś?

R. J. – Nikt o tym nie wiedział. Zaplanowałem to dwa dni przed walką. Jadąc w czwartek do Kielc kupiłem po drodze pierścionek zaręczynowy. W piątek było ważenie zawodników, a w sobotę walka. Oświadczyny były zależne od wyniku. Przed walką dałem pierścionek anonsjerowi Jackowi Lenartowiczowi. Zapytałem, czy wie, co ma z tym zrobić, kiedy wygram. Gdybym przegrał, to oświadczyny musiałyby się nieco odwlec w czasie. Ale wierzyłem, że wygram, dlatego kupiłem pierścionek i wykonałem ten ruch. I od tego czasu żyjemy długo i szczęśliwie (śmiech).

Czy boks to wiele wyrzeczeń?

R. J. – To same wyrzeczenia i ogromne zaangażowanie w pracę. Nie ma się co oszukiwać, że rodzina schodzi na drugi plan, przestaje być najważniejsza. Ci, co twierdzą inaczej – kłamią. Jeśli poświęcasz się boksowi, to najpierw jest trening, a potem rodzina. Najważniejszy jest mój spokój i odpoczynek, bo od tego zależy moja kondycja. Druga sprawa: kiedy mam dietę, to wszyscy domownicy ją mają. W lodówce nie może być nic innego niż to, co mogę jeść, bo inaczej od razu to pochłonę (śmiech). Do tego dochodzą wyjazdy, częsta nieobecność, ciągłe odwlekanie urlopu i wakacji. Cierpią na tym najbliżsi, ale co robić. Boks to nie jest łatwy kawałek chleba.

Co poradziłbyś młodym ludziom, którzy chcieliby zostać bokserami?

R. J. – Powiedziałbym im, że to ciężka praca, poświęcenie i zaangażowanie. Aby coś osiągnąć, nie można się poddawać, tylko z determinacją dążyć do celu. Na pewno nie ma mowy o codziennych imprezach i spotkaniach z kolegami. Owszem, też korzystałem z życia, ale wiedziałem, że kiedy się bawię, to się bawię, a kiedy miałem trening, to szedłem trenować. Nie mogłem sobie pozwolić na to, aby sobie odpuścić. Dlatego coś osiągnąłem w życiu, a moi kumple ważą po sto parę kilo. Czasem mam wrażenie, że za bardzo korzystają z życia i wydaje im się, że są na dłuższych wakacjach.

Chciałbyś, aby syn poszedł w twoje ślady?

R. J. – Na pewno nie będę go do tego namawiał. Wiem, jaka to ciężka praca. Boks trzeba naprawdę kochać, aby go uprawiać. Ale jeśli syn chciałby boksować, to pomógłbym mu w tym.

Masz swoich idoli?

R. J. – To Marek Piotrowski i Jean Claude Van Damme.

Z czego jesteś najbardziej dumny?

R. J. – Z tego, co mam dziś, czyli domu i rodziny. Śliczne, mądre dzieciaki, fajna żona i pies o imieniu Krystyna. Mam wszystko to, co zawsze chciałem mieć. Nigdy nie miałem normalnego domu, tylko świetną mamę, która zmarła piętnaście lat temu. Zawsze byłem sam ze wszystkim. Dziś już nie.

Miałeś kiedykolwiek chwilę zwątpienia w sens tego, co robisz i chciałeś wszystko rzucić?

R. J. – Tak, ale tylko dlatego, że pomyliłem się, jeśli chodzi o zarobki. Takie zwątpienie finansowe. Jak każdy bokser, miałem inne wyobrażenie o dochodach po walkach. W ciągu ostatnich dwóch lat trzy razy zastanawiałem się, czy nie zająć się czymś innym. Myślałem, że nie mam siły się poświęcać i mieć z tego tak mało. Mam rodzinę i muszę o nią dbać, zapewnić jej byt. Co nie oznacza, że wszystko kręci się wokół pieniędzy – tak nie jest. Walczę, bo to kocham, ale to także mój zawód, którym zarabiam na chleb.

Jak długo będziesz walczył w ringu?

R. J. – To zależy na jakim poziomie będę walczył. Jeśli uznam, że nie mam już sił, aby zrzucać wagę przed walkami, a waga mi pokaże, że nie mam szans zrzucić więcej, to dam sobie spokój.

Nie boisz się o swoje zdrowie, przecież boks to bardzo inwazyjny i urazowy sport?

R. J. – Nie boję się. Gdyby było inaczej, już dawno skończyłbym z boksowaniem. Owszem, odkąd mam rodzinę, to co jakiś czas pojawiają się obawy, ale nie na tyle, aby dać się zwariować. Ale jeśli zauważę, że coś złego się ze mną dzieje, to kończę z zawodowymi walkami i zajmę się tylko trenowaniem. Tak naprawdę, miałem więcej kontuzji, kiedy grałem w piłkę.

Co zamierzasz robić po zakończeniu kariery? Będziesz działał nadal wokół boksu, czy masz jakiś tajny plan na życie?

R. J. – Myślę, że kiedy za rok, albo dwa zakończę karierę, to poświęcę się trenerce. Już teraz otworzyłem „Fight Club Rafał Jackiewicz” (www.jackiewicz-fighter.pl), bo jestem trenerem z uprawnieniami boksu i kickboxingu. Sprzedaję swoją wiedzę i doświadczenie. Z samych walk na ringu nie da się utrzymać rodziny. Mój klub ma siedzibę w Hucie Mińskiej i zapraszam wszystkich chętnych na treningi.

Jacy są polscy kibice?

R. J. – Są najlepsi! Oczywiście prawdziwi kibice, którzy są ze sportowcem, kiedy wygrywa, ale również wtedy, gdy mu nie idzie. Boli mnie, kiedy ktoś mnie skreśla, jeśli zdecydowanie nie wygram. W Polsce jest „albo” – „albo”, dlatego szanuję tylko tych kibiców, którzy są z zawodnikiem na dobre i na złe.

Chętnie włączasz się w akcje charytatywne. Myślałeś może kiedyś o założeniu własnej fundacji lub o innej stałej formie udzielania się społecznie?

R. J. – Jeżeli mogę i mam czas, to zawsze pomogę. Jeśli nie mogę, to też pomogę. A jeśli chodzi o założenie fundacji, to nie czuję takiej potrzeby. Nie ma problemu, jeśli ktoś dzwoni lub prosi mnie o pomoc i wsparcie – wtedy zawsze staram się bezinteresownie znaleźć czas. Sam nie miałem wiele i dzieciństwo nie takie jak trzeba, dlatego, jeśli komu mogę sprawić przyjemność, to po prostu to robię.

Jesteś znaną i rozpoznawalną osobą, czy dzięki temu jest ci łatwiej?

R. J. – Czasem tak, zwłaszcza, gdy muszę załatwić różne sprawy (śmiech). Dzięki temu, że telewizja transmituje moje walki i ludzie mnie rozpoznają, mam może trochę łatwiej od innych, ale tylko w niektórych aspektach.

Czujesz się gwiazdą?

R. J. – W życiu. Chyba, że jak sobie wypiję i o godz. 6 rano kieruję ruchem na Siennickiej (śmiech). Nie jestem gwiazdą, tylko prostym Jackiewiczem z trudnym charakterkiem.

Rozmawiała Izabela Furdal, fot. z archiwum Rafała Jackiewicza, DM

Osiągnięcia sportowe Rafała Jackiewicza:
Boks zawodowy:
łączna ilość stoczonych pojedynków w boksie zawodowym: 50
zwycięstwa: 39 (w tym 19 przez KO)
porażki: 10 (w tym 1 przez KO)
remisy: 1
W swojej dotychczasowej karierze zdobył wszystkie osiągnięcia w wadze półśredniej: pas Międzynarodowego Mistrza Polski, pas Mistrza Świata federacji IBC, pas federacji Boxing Council International oraz najważniejszy w karierze – pas Mistrza Europy federacji EBU. Był również pretendentem do pasa Mistrza Świata federacji IBF.
Posiada także czarny pas w kickboxingu. W 1997 r. zajął 1. miejsce w Pucharze Świata Light Contact, a w 2001 r. zdobył Puchar Świata Full Contakt. Zajmował też pierwsze miejsca m.in.: w Pucharze Polski Full Contact, Mistrzostwach Polski All Style Karate Full Contact czy Mistrzostwach Polski Light Contact.

Musisz się zalogować, by móc dodawać komentarze!
Znajdź nas na Facebooku
TYGODNIK STREFA MIŃSK
adres biura:
ul. Warszawska 161 (1 piętro)
05-300 Mińsk Mazowiecki
tel. + 48 724 822 000
e-mail: reklama@strefaminsk.pl
lub e-mail: biuro@strefaminsk.pl
projekt graficzny: E-HO - agencja reklamowa - Mińsk Mazowieckikodowanie, system zarządzania