Tygodnik Strefa Mińsk NR 29/30 (385/386)

Poszłabym nawet na księżyc...

Kiedy byłaś małą dziewczynką Cyganka powiedziała twojej mamie, że będziesz podróżowała po świecie...

Opublikowano: 22 Stycznia 2014, Środa, 13:12
Autor: admin
 0 0 0

Poszłabym nawet na księżyc...

Jej wielką miłością była Prowansja, ale to pobyt w Himalajach naznaczył ją na całe życie. Cesaria Evora pokazała jej piękno Wysp Zielonego Przylądka, o których napisała właśnie przewodnik. Z podróży przywozi też piosenki, które możemy usłyszeć na płycie „Voyage” zespołu CostaNova, którego jest liderką. Na co dzień Elżbieta Sieradzińska jest dyrektorem Miejskiej Biblioteki Publicznej w Mińsku. A w „Strefie” szczerze opowiada o swoich podróżniczo-muzycznych „szwędaczkach”, które jej przecież wywróżono...

Kiedy byłaś małą dziewczynką Cyganka powiedziała twojej mamie, że będziesz podróżowała po świecie...

Elżbieta Sieradzińska (E. S.) – To była zaprzyjaźniona Cyganka, która co jakiś czas przychodziła do naszego domu. Zazwyczaj nie wróżyła, tylko po prostu rozmawiała z rodzicami. Zawsze byłam niespokojnym duchem, bardzo ruchliwym dzieckiem, wyciągającym robaki z ziemi, wchodzącym tam, gdzie nikt nie wchodził, w przeciwieństwie do mojej siostry, zawsze grzecznej i ułożonej. Może Cyganka, widząc zwierconego bachora bawiącego się kapslami, a przecież w tym cygańskim wróżeniu więcej jest obserwacji i psychologii niż wieszczenia, stwierdziła, że raczej nie usiedzę w miejscu i powiedziała mamie, że w przyszłości wyfrunę w świat. Musiało to być sporym zaskoczeniem, bo zazwyczaj dla dziewczynki dobrą wróżbą jest, że wyjdzie za mąż za pięknego i bogatego księcia z bajki i będą żyli w dostatku długo i szczęśliwie, a ona wywróżyła podróże. Poza tym, na początku lat 60. XX wieku nikomu do głowy nie przychodziło, że można wyjeżdżać za granicę. Owszem, mój dziadek i babcia często podróżowali z plecakami po Polsce, ale tylko oni byli taką rodzinną parą włóczykijów. Może także po nich mam tę „szwędaczkę” we krwi. Ale rzeczywiście, po latach ta cygańska wróżba się spełniła. Co utwierdziło mnie tylko w przekonaniu, że nie można lekceważyć tego, co ktoś mówi, bo nigdy nie wiadomo. A przypomniałam sobie o słowach Cyganki, kiedy w Miejskiej Bibliotece Publicznej zorganizowaliśmy spotkanie z Angeliką Kuźniak, autorką książki o Papuszy, cygańskiej poetce.

Co było pierwsze – podróżowanie czy śpiewanie?

E. S. – Śpiewanie. Rodzice opowiadali mi, że jak miałam trzy lata, to już niemiłosiernie darłam się na mszach w kościele w Kałuszynie, choć jeszcze wtedy chyba trudno było to nazwać śpiewaniem. Ksiądz proboszcz wołał mnie do siebie do konfesjonału i dawał mi czekoladę, żebym była cicho (śmiech). Podobno też oglądałam się na organistę, jak źle grał, ale nie wiem, czy to prawda, sama tego nie pamiętam. Zawsze miałam mocny głos, a ksiądz proboszcz mnie lubił i tak naprawdę pozwalał mi się drzeć.

Uczyłaś się śpiewać i grać?

E. S. – Jestem samoukiem. Choć przez pewien czas pan Woźnica uczył mnie grać na mandolinie, ale ten instrument szybko mnie znudził. Potem zobaczyłam Mirka Ostrowskiego, który grał na gitarze w Kapeli Małego Stasia. Patrzyłam, jak ustawia ręce na gryfie, jak dotyka strun i uczyłam się od niego, choć nie miał o tym pojęcia. Potem ćwiczyłam na mojej plastikowej gitarze, którą kupili mi rodzice. Nie była to jednak najlepsza gitara i któregoś dnia uderzyłam nią o kanapę, bo byłam wściekła, że nie mogłam zagrać na niej tego, czego chciałam. Potem musiałam trochę poczekać na nowy instrument (śmiech).

Kiedy zaczęłaś komponować?

E. S. – Jeszcze w podstawówce. Napisałam piosenkę dla mamy, kiedy była chora i przebywała w szpitalu w Rudce. Potem zaczęłam układać melodie do wierszy mojej koleżanki Hani Szostak – nawet zaśpiewałyśmy te piosenki na koniec roku w szkole. Myślę, że moim problemem było to, że ani w ogólniaku, ani na studiach tak naprawdę nie weszłam w jakieś środowisko twórcze, np. kabaretu czy zespołu muzycznego. Nie trafiłam na ludzi, którzy na poważnie zajmowali się muzyką. Śpiewałam, ale nigdy nie uważałam, że to powinnam robić. Nie było zbyt wielu konkursów, talent show, tak jak to ma miejsce teraz.

Przecież pojechałaś na festiwal piosenki harcerskiej do Siedlec?

E. S. – To była też moja pierwsza dłuższa podróż. W Siedlcach spędziłam trzy dni i spotkałam wielu ludzi z całej Polski. Po raz pierwszy zaśpiewałam też na dużej scenie. To było przeżycie i pamiętam je do dziś. Nie wiem, czy już wtedy włączyła mi się „szwędaczka”, ale wydaje mi się, że właśnie w Siedlcach złapałam bakcyla wyjazdów.

I ruszyło się?

E. S. – Tak, potem pojechałam na wakacyjny obóz w Łącku. Też miło go wspominam. A jeszcze później był obóz wędrowny. Po latach dowiedziałam się, że mama poszła do mojej ówczesnej wychowawczyni w liceum, pani Kochanowskiej z prośbą, aby mnie nie puściła na ten obóz, bo jestem za mała i za słaba. Na szczęście wychowawczyni nie uległa tym namowom. Przed wyjazdem spakowałam plecak, tzw. „bułeczkę” i okazało się, że nie mogę go podnieść (śmiech). Mama, oczywiście nie omieszkała powiedzieć – „a nie mówiłam”, ale udałam, że tego nie słyszę, przepakowałam się, dałam radę wziąć „bułeczkę” na plecy i pojechałam. Niestety, wszyscy na obozie byli ode mnie starsi i traktowali mnie z przymrużeniem oka, np. nie chcieli mnie wziąć na Zawrat, bo miałam zwykłe sportowe buty, a nie traperki. Byłam bardzo rozczarowana. I powiedziałam sobie, że i tak kiedyś pójdę na Zawrat.

Poszłaś?

E. S. – Do tej pory nie byłam.

Jednak góry pokochałaś?

E. S. – Góry mnie fascynowały. Wszystko zaczęło się od książek, których dużo czytałam. Pamiętam biografię Wandy Rutkiewicz, książki o Kukuczce. Wciągały mnie bardzo. Nawet, jak raz wygrałam jakiś konkurs w liceum, to za otrzymane pieniądze pojechałam do Warszawy i kupiłam sobie książkę o narodowej wyprawie polskich alpinistów na jeden z ośmiotysięczników. Czytałam także książki francuskich i niemieckich autorów o Alpach. A chodziłam turystycznie po polskich górach. Wiesz, tu było podobnie, jak z muzyką – nie spotkałam na swojej drodze ludzi, którzy pasjonowaliby się alpinizmem, bo wtedy nie wiem, jakby to się skończyło – może bardziej wyczynowym zdobywaniem najwyższych szczytów? Widocznie tak miało być i nie takie wyjazdy wywróżyła mi Cyganka.

Ale w Himalaje pojechałaś?

E. S. – To był efekt książek, które przeczytałam. Bardzo chciałam zobaczyć Matterhorn, leżący na granicy Szwajcarii i Włoch. Zaczęłam sprawdzać, jakie są koszty takiego wyjazdu. Szwajcaria była drogim krajem. Poza tym, na początku lat 90. XX wieku trzeba było mieć wizy, pozwolenia, odstać swoje w kolejkach w ambasadach, przecież Alpy rozciągają się w granicach kilku państw. Wszystko wychodziło bardzo drogo. Nie pamiętam już dokładnie, jak dotarłam do tej informacji, ale okazało się, że miesiąc trekkingu w Nepalu będzie mniej kosztował niż tydzień w szwajcarskich Alpach. Wzięłam więc trzy pożyczki w bankach i zapłaciłam za wyjazd w Himalaje. Kiedy mama się o tym dowiedziała, mało nie dostała zawału.

Jesteś niewysoką i drobną osobą, a na miesiąc w góry, i to jeszcze w takie, jak Himalaje musisz zabrać wiele rzeczy. Ta twoja „niepozorność” ułatwia ci podróżowanie, czy utrudnia?

E. S. – Przyzwyczaiłam się, że ta moja „niepozorność” często zaskakuje ludzi. Kiedy zaczynam śpiewać wiele osób dziwi się, że wydobywa się ze mnie tak mocny głos. A jeśli chodzi o góry, to także nie przeszkadza. Ale po kolei. W pakowaniu plecaka znów pomogła mi książka. Była taka relacja Wojciecha Kurtyki, wielkiego himalaisty, który opisywał, że jak się pakuje, to odcina nawet różki od listków z tabletkami. Kiedy pakowałam się w Himalaje, skorzystałam z jego rad. Zabrałam tylko najpotrzebniejsze rzeczy. Wtedy ważyłam ok. 40 kg, a mój plecak 11 kg. Nie było więc tak źle. Zresztą, idąc w góry część bagażu się zostawia. Na trasie mój plecak ważył tylko 6 kg. Poza tym byłam dobrze przygotowana. W tamtym czasie MBP miała swoją siedzibę w Pałacu Dernałowiczów, więc chodziłam z plecakiem po schodach w górę i w dół. Codziennie dokładałam sobie jedną paczkę papieru ksero i tak ćwiczyłam kondycję. Jak się później okazało, byłam jedną z dwunastu osób w naszej grupie, która była najlepiej przygotowana do wyprawy. Ponadto fakt, że nie jestem zbyt wysoką osobą, bardzo ułatwiał mi podróżowanie w nepalskich pojazdach, które nie należą do największych. Wysocy panowie po ośmiu godzinach jazdy rozklekotanym autobusem byli totalnie połamani, bo nie było im wygodnie ani siedzieć, ani stać, ani klęczeć, a ja zwijałam się pomiędzy tymi wszystkimi tobołkami, ludźmi, zwierzętami i było mi całkiem dobrze. Łatwiej było mi też spać na wąskich, drewnianych pryczach w teahousach, w których się zatrzymywaliśmy. Ale i tak najważniejsze jest dobre przygotowanie do takiego himalajskiego trekkingu. Góry są wspaniałe, ale natychmiast się mszczą, kiedy ktoś nie traktuje ich poważnie.

Himalaje spełniły twoje wyobrażenia?

E. S. – To było jedno z najpiękniejszych przeżyć w moim życiu. A absolutnie zjawiskowy był wschód słońca, który oglądałam w sanktuarium Annapurny. Pobyt w Himalajach, ich majestat i poczucie samotności wobec ich ogromu zmienił mnie i naznaczył na całe życie. I jak tylko zbliżał się koniec spłaty ostatniej pożyczki, zaplanowałam wyjazd pod Everest. Wpłaciłam już nawet zaliczkę na kolejną wyprawę trekkingową, ale wtedy skomplikowały się moje sprawy rodzinne i już nie wróciłam do Nepalu. Jednak Himalaje wciąż są dla mnie bardzo ważne. Jak jestem bardzo zmęczona, to w myślach wracam do miejsc, które widziałam. Być może, tak jak w piosence, którą śpiewam, kiedyś wrócę do Katmandu, a właściwie pod Everest.

Podróżujesz w grupie, czy sama?

E. S. – Rzadko jeżdżę z kimś, przeważnie podróżuję sama. Nawet podczas trekkingu w Himalajach wiele rzeczy robiłam na własną rękę.

Może to twoje podróżowanie jest pewną formą ucieczki? Tylko od czego?

E. S. – Tak naprawdę całe życie uciekam, tylko nie zawsze zdawałam sobie z tego sprawę. Także od czego uciekam. W Himalajach spędziłam swoje czterdzieste urodziny i wydawało mi się, że świat stoi przede mną otworem. Dziś już uciekam od siebie, od ludzi. To jest ten bagaż wieku, doświadczeń, przemyśleń. Nie jestem już tak bardzo naiwna.

Gdzie uciekasz od siebie?

E. S. – Może być wiele takich miejsc, np. przed kominkiem w moim domu. Uciekam do pewnych klisz z dzieciństwa, kiedy ogień był pewnym symbolem bezpieczeństwa. Ale tak naprawdę uciekam od siebie, kiedy śpiewam. I to najlepiej, kiedy publiczność jest daleko ode mnie, oddzielona świecącymi mi w oczy światłami. Jak zostaję sama na scenie, wtedy wszystko zostaje poza mną – problemy, oczekiwania, rzeczy do zrobienia, a ja śpiewam tak, jak chcę.

Widzę pewien paradoks. Mówisz, że uciekasz od ludzi, ale zarówno twoja muzyka, jak i twój przewodnik o Wyspach Zielonego Przylądka, który właśnie się ukazał to nic innego, jak dzielenie się z innymi tym wszystkim, co w tobie jest – emocjami, wiedzą, wielką wrażliwością, talentem...

E. S. – Nigdy na to w ten sposób nie patrzyłam. Ale coś w tym jest. Myślę, że każdy rodzaj twórczości, jest dawaniem innym tego, co w nas najlepsze. Jest w tym jakaś sprzeczność, ale może jest też jakaś logika. Dziwne to jest.

Przenieśmy się w takim razie na Cabo Verde. Napisałaś przewodnik, w którym każdy akapit świadczy o tym, że masz do wysp szczególny stosunek.

E. S. – Byłam na Wyspach Zielonego Przylądka wiele razy i rzeczywiście bardzo je pokochałam. Ale w 2013 roku musiałam tam pojechać, aby zebrać materiały do przewodnika. Życie bywa czasami bardzo zaskakujące. Wieczorami wypłakiwałam się we własny rękaw, mówiąc, że nie napiszę tego przewodnika w tak krótkim czasie – mam jeszcze tyle zaległości, a trzeba koniecznie napisać i o tym, i o tamtym. Była to naprawdę ciężka praca. Czasem chodziłam na cmentarz w Mindelo. Byłam tam totalnie sama i mogłam rozmyślać. Albo „gadałam” sobie z pewną wspaniałą kobietą...

Z Cesarią Evorą (która jest pochowana na cmentarzu w Mindelo – przyp. red.). Przyjaźń z nią była dla ciebie na pewno czymś szczególnym i ważnym.

E. S. – Na pewno. Ale czy to była przyjaźń? Cesaria nigdy mi się nie zwierzała, a przecież przyjaciele mówią sobie wszystko. To ja mówiłam dużo, na tyle, na ile pozwalała mi moja znajomość kreolskiego, natomiast o jej problemach dowiadywałam się od innych. Myślę, że Cesaria traktowała mnie trochę, jak swoje dzieci, które rozstawiała po kątach, dla których była surowa. Dzieci zawsze zwierzają się swoim rodzicom, ale rodzice nie zwierzają się dzieciom – starają się nimi kierować, tłumaczyć, rozmawiać. Myślę, że to był taki rodzaj zażyłości. Czasem nawet żartowała, gdy ktoś pytał, kim jestem, to mówiła, że jestem jej córką. „Przecież jesteśmy tak do siebie podobne” – dodawała przewrotnie (śmiech).

Z tego co mówisz widać, że jakość waszej znajomości była czymś więcej niż przyjaźnią. To było coś istotniejszego.

E. S. – Cesaria unikała towarzystwa kobiet, bo ją nudziły i nie były dla niej interesujące. Jej relacje z ludźmi też były trudne. Dlatego, gdy po wielu latach zaakceptowała wokół siebie moją obecność, to było naprawdę dużo. Masz rację, z tą przyjaźnią u Cesarii bywało różnie. W jednych wywiadach mówiła, że nie ma przyjaciół, a kiedy już ktoś bardzo dopytywał, to twierdziła, że jej jedynym przyjacielem była matka. Do wielu ludzi mówiła, że są jej przyjaciółmi, ale to się kończyło na okazjonalnych spotkaniach po koncertach. Tak, ta nasza relacja bardziej przypominała stosunek matki i córki. Nie zawsze rozumiałam tę naszą relację, ale z biegiem czasu zaczęłam bardzo ją cenić, np. gdy przygotowała dla mnie kanapki, czego nie robiła dla innych. Bardzo rzadko mówiła o swoich uczuciach, dlatego jej gesty były bardziej znaczące.

Co powiedziała Cesaria Evora, gdy usłyszała, jak śpiewasz?

E. S. – Była to piosenka, którą skomponowałam specjalnie dla niej. Siedzieliśmy przy stole po koncercie, a na śpiewanie namówił mnie jeden z członków zespołu. Kiedy skończyłam, zapadła cisza i nie padły żadne słowa. Dopiero po chwili Cesaria wstała, podeszła do mnie, poklepała mnie po plecach i powiedziała – „zasnę z twoją piosenką w uszach”. Było to bardzo miłe. Cesaria była bardzo oszczędna, jeśli chodzi o komplementy. Pamiętam, że dwa lata później, powiedziała podczas kolejnego z naszych spotkań – „zaśpiewaj mi tamtą piosenkę”. W ogóle to jej komplementowanie objawiało się w dziwny sposób, np. podczas jednego z koncertów, gdy nie chciała śpiewać swojego wielkiego przeboju „Sodade” i padło pytanie, kto wykona tę piosenkę, Cesaria stuknęła mnie w ramię i powiedziała, że Ela zaśpiewa i zaśpiewałam to. A capella. Tak jej się spodobało, że w nagrodę dostałam od niej trzy paczki papierosów. Do tej pory mam opakowania po tych Camelach. To była cała ona – nie kadziła i nie używała wielu niepotrzebnych słów, była bardzo spontaniczna.

Tłumaczyłaś biografię Cesarii Evory, a może warto, abyś to ty napisała o niej, ze względu na tę niezwykłą relację, jaka was łączyła.

E. S. – Piszę już tę biografię i przybiera ona coraz bardziej realny kształt. O Cesarii powstało wiele książek, głównie francuskich, ale napisały je osoby, które jej nie znały blisko. Wydawnictwa te przypominają wspaniałe dania, przyrządzone ze smacznych i ciekawych produktów, ale brakuje w nich przypraw, przez co są mdłe. Nie ma w nich Cesarii, jako żywego człowieka. Nie ma wytłumaczonego jej fenomenu – dlaczego ta kobieta tak bardzo fascynowała ludzi, choć śpiewała w języku kompletnie niezrozumiałym dla wielu z nich. Mam nadzieję, że moja biografia będzie inna od tych dotychczasowych.

Przygotowujesz też wydanie słownika polsko-kreolsko-francuskiego.

E. S. – To słownik kreolsko-francuski i ustaliliśmy z jego autorem, że dodam do niego polskie tłumaczenie. Ale faktycznie, kreolski ostatnio jest moim konikiem. Czy wiesz, że na każdej wyspie Cabo Verde istnieje inna jego odmiana? Jednak słownik, który ukaże się w Polsce w formie e-booka będzie zawierał słownictwo pochodzące z głównego nurtu języka kreolskiego. Mam nadzieję, że wyjdzie on w drugiej połowie tego roku.

Na płycie zespołu CostaNova „Voyage” śpiewasz po kreolsku, a także w kilku innych językach, np. po francusku, ale w tym przypadku to nic dziwnego, przecież studiowałaś romanistykę. Łatwo się uczysz języków?

E. S. – Miałam taką łatwość, ale myślę, że ją tracę. Mam słabą pamięć. A z językami jest tak, że jak człowiek nie jest z nimi przez cały czas, nie doskonali ich, to przypomina to płynięcie kajakiem pod prąd. Nie tylko się nie posuwa naprzód, ale się cofa.

Jest jakieś miejsce, które kusi cię, aby udać się w nie na „szwędaczkę”?

E. S. – Polinezja Francuska, gdzie przebywali Gauguin, czy Cezane. Tu odzywają się moje dawne, dziewczęce, malarskie pasje i chęć, aby zobaczyć miejsca, gdzie przebywali podziwiani przeze mnie artyści. W pamięci mam też przeczytane kiedyś książki Conrada, genialne „Zielone piekło” o Gujanie Francuskiej – to wciąż do mnie wraca. Jak w tybetańskim kole życia – nie ma przypadków. Jeszcze nie wiem, jak tam dotrę i kiedy, ale w głowie mi to siedzi, więc wszystko przede mną.

Rozmawiał Dariusz Mieczysław Mól, fot. z archiwum Elżbiety Sieradzińskiej

Musisz się zalogować, by móc dodawać komentarze!
Znajdź nas na Facebooku
TYGODNIK STREFA MIŃSK
adres biura:
ul. Warszawska 161 (1 piętro)
05-300 Mińsk Mazowiecki
tel. + 48 724 822 000
e-mail: reklama@strefaminsk.pl
lub e-mail: biuro@strefaminsk.pl
projekt graficzny: E-HO - agencja reklamowa - Mińsk Mazowieckikodowanie, system zarządzania