Tygodnik Strefa Mińsk NR 23/24 (379/380)

Odbudować zerwane więzi

Adopcja daje nadzieję wielu dzieciom na szczęśliwe rodzinne życie. Ważne jest jednak to, aby nie ukrywać przed nimi tego faktu.

Opublikowano: 11 Lipca 2014, Piątek, 09:32
Autor: admin
 0 0 0

Adopcja daje nadzieję wielu dzieciom na szczęśliwe rodzinne życie. Ważne jest jednak to, aby nie ukrywać przed nimi tego faktu – niestety, blisko 80% rodziców adopcyjnych zataja przed wychowankami informację, że zostali przez nich przysposobieni. O odkrywaniu prawdy o swoim pochodzeniu i o projekcie zmian w ustawie adopcyjnej rozmawiamy z Bożeną Łojko, prezesem mieszczącej się w Warszawie fundacji „Zerwane więzi”.

Kiedy postanowiła odnaleźć pani swoich biologicznych rodziców?

Bożena Łojko (B. Ł.) – Moi adopcyjni rodzice nie ukrywali przede mną, że jestem przez nich adoptowana i nie chowali dokumentów z tym związanych. Kiedy miałam 15 lat znalazłam w papierach adres biologicznego ojca i napisałam do niego list. Ale adopcyjni rodzice poprosili mnie, żebym go nie wysyłała, żebym jeszcze poczekała. Z perspektywy czasu wiem, że dobrze zrobili. Wtedy byłam emocjonalnie niedojrzała, aby podjąć taki ciężar. Dopiero w wieku 25 lat zdecydowałam się spotkać z ojcem. Od niego dowiedziałam się, gdzie mieszka matka oraz że mam brata, o którego istnieniu nie wiedziałam. Z rodzicami nie zbudowałam trwałych więzi. Myślę, że nie mogło nam wyjść, bo przypominałam im tę cześć życia, która nie jest dla nich chwalebna, o której chcieliby zapomnieć. Ale brata postanowiłam odszukać.

Udało się?

B. Ł. – Tak, ale było to bardzo trudne. Okazało się, że brat został adoptowany przez francuskie małżeństwo, mieszkające w Szwajcarii. W dokumentach adopcyjnych, co zdarza się bardzo rzadko, zmieniono mu nawet miejsce urodzenia. Zaczęłam szukać po różnych instytucjach, ale wszędzie natrafiałam na mur milczenia i argument, że nie mam prawa do informacji na temat brata. Pomogła mi agencja detektywistyczna, która za darmo rozpoczęła w Szwajcarii poszukiwanie brata. Bez takiej pomocy nie miałabym szans, żeby go odnaleźć. W końcu spotkaliśmy się w Zurychu. To był jeden z najpiękniejszych dni w moim życiu. Utrzymujemy ze sobą kontakt i wiemy, że możemy na siebie liczyć.

Powiedziała pani, że nie miała prawa do informacji na temat brata.

B. Ł. – Dokumenty adopcyjne objęte są klauzulą tajności. Ponadto, dziecko oddane do adopcji jest dzieckiem rodziny przysposabiającej i, według prawa, nie ma nic wspólnego z rodziną biologiczną. Do tego, jeśli rodzeństwo trafia do dwóch różnych rodzin adopcyjnych, to zgodnie z obowiązującymi przepisami, staje się dla siebie obcymi osobami. Brat czy siostra nie otrzymają informacji na swój temat. Dopiero od zeszłego roku adoptowane osoby mogą wnioskować o udostępnienie im dokumentów adopcyjnych, co wynika z faktu, że Polska przyjęła całkowicie Konwencję Praw Dziecka. Jest w niej zapis, że adoptowane dzieci mają prawo do wiedzy o swoich biologicznych rodzicach. Wcześniej takiej możliwości nie było.

Twierdzi pani, że 80% rodzin adopcyjnych ukrywa przed dziećmi prawdę, że zostały adoptowane.

B. Ł. – A do tego cały czas funkcjonuje w społeczeństwie silny stereotyp, że adoptowane dzieci powinny być wdzięczne rodzinie, która je wzięła za to, że ich wychowała, że łożyła na ich utrzymanie, a szukając rodziny biologicznej – matki lub rodzeństwa, okazuje się w ten sposób obojętność tym, którzy kiedyś podali pomocną dłoń. Ale to kompletne nieporozumienie. Rodzina adopcyjna wciąż pozostaje dla dziecka przysposobionego jego rodziną. Tymczasem, nam adoptowanym chodzi o to, aby przekonać się, dlaczego biologiczni rodzice nas zostawili, dlaczego nie zdecydowali się nas wychować. Poza tym, chcemy poznać babcie, dziadków, rodzeństwo. Ważny jest pewnego rodzaju spokój ducha i poczucie, że się nie wzięło się znikąd.

Ale przecież, tak jak w pani przypadku, może okazać się, że nie uda się zbudować więzi z biologicznymi rodzicami?

B. Ł. – Nie znam osoby, która powiedziałaby, że nie warto było poznać swoich korzeni, bez względu na efekt tych poszukiwań. Owszem, są to bardzo duże emocje, przeżycia i nie ukrywam, że w wielu przypadkach trzeba mieć wsparcie psychologa, terapeutów, przyjaciół lub rodziny adopcyjnej. Ale poczucie uzupełnienia pustki i niewiedzy przewyższa to, że rodzice biologiczni nie chcą ze mną utrzymywać kontaktów. My, adoptowani, mamy poczucie gorszości, że nie jesteśmy równi z dziećmi, które są wychowywane przez swoich biologicznych rodziców. To poczucie jest na tyle silne, że nie potrafimy sobie ułożyć życia. Dojrzewamy dość późno, bo zawsze nam czegoś brakuje. I nawet jeśli rodzina adopcyjna ukrywa prawdę o naszym pochodzeniu, to gdzieś w duszy wiemy, że coś jest nie tak. Proszę mi wierzyć, że o wiele gorsze są sytuacje, gdy ktoś w wieku 40, czy 50 lat dowiaduje się, że był adoptowany, bo, np. po śmierci adopcyjnych rodziców natrafił w szafie na dokumenty. Wtedy, w takich osobach rośnie nienawiść do rodziców adopcyjnych, gdyż zdają sobie sprawę, że przez cały czas byli oszukiwani, że żyli w świecie, który do nich nie należał. To bardzo boli.

Założyła pani w marcu 2013 roku fundację i portal „Zerwane Więzi”.

B. Ł. – To była naturalna konsekwencja moich doświadczeń. Chciałam pomagać tym, którzy poszukują swoich biologicznych rodzin, bo wiedziałam, że nie jest to wcale proste. A takich ludzi jest bardzo dużo – według moich szacunków w Polsce ok. 3 milionów osób poszukuje swoich bliskich. Oferujemy im pomoc prawną – piszemy z nimi wnioski do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych do ewidencji PESEL, do domów dziecka i ośrodków adopcyjnych, czyli do tych instytucji, które mogą pomóc w zdobyciu informacji. Zapewniamy także pomoc medialną, bo niektóre rzeczy trzeba nagłośnić – sama się o tym przekonałam, szukając brata. Oferujemy także wsparcie psychologiczne. Pomoc oferujemy także osobom, którym w sposób budzący wątpliwości odebrano dzieci i oddano do adopcji. Nie zawsze jest bowiem tak, że matka chciała oddać dziecko. Często, np. w małych miejscowościach, gdy niepełnoletnia dziewczyna zaszła w ciążę i nie miała ślubu, była zabierana przez rodziców do innego miasta, gdzie rodziła dziecko, które od razu było oddawane do adopcji. Już udało się nam pomóc dwóm kobietom, które odnalazły swoje dzieci. I teraz wszyscy – biologiczna matka, dzieci oraz rodzina adopcyjna mają ze sobą świetny kontakt. To kolejny przykład na to, że osoby dorosłe, czy to rodzice, czy dzieci, powinni mieć szansę na dopowiedzenie sobie własnego życia

I dlatego przygotowała pani projekt ustawy adopcyjnej. Co on zakłada?

B. Ł. – W projekcie są trzy punkty. Pierwszy dotyczy udostępniania danych osobowych. Założyliśmy, że osoby adoptowane w wieku 25 lat powinny mieć możliwość otrzymania informacji o swoich rodzicach. Tak, jak ma to miejsce w innych krajach Unii Europejskiej – tylko w Polsce jest inaczej. Wnioskujemy też o to, aby powołać organ, który sprawowałby kontrolę nad rodzicami adopcyjnymi. I trzeci, najważniejszy punkt mówi o nierozdzielaniu rodzeństw. Obecnie mamy w prawie zapis, że rodzeństwa nie powinno się rozdzielać. Ale jeżeli instytucja bierze pod uwagę dobro dziecka, to w praktyce rodzeństwa są rozdzielane i potem, według prawa, są dla siebie obcymi osobami, jeśli trafią do dwóch różnych rodzin przysposabiających. W projekcie wnioskujemy, że nawet jeśli rodzeństwa muszą być rozdzielane ze względu na dobro dziecka, to żeby obowiązkiem rodzin adopcyjnych było utrzymanie kontaktów między rodzeństwem. Muszę powiedzieć, że ten punkt budzi najwięcej zastrzeżeń wśród osób, z którymi konsultowaliśmy nasz projekt ustawy. Ze spotkań, jakie mieliśmy z każdym ugrupowaniem w Sejmie, wszyscy nas popierali, ale nikt nie chciał głośno o tej zmianie mówić. Problem jest w tym stereotypowym myśleniu – rodzice adopcyjni nie mają obowiązku mówić o tym, że ich syn czy córka są przysposobieni. To duża trudność.

Nikt nie chce wesprzeć was w tych działaniach?

B. Ł. – Mamy poparcie posłów – Artura Kopczyńskiego, Joanny Fabisiak, a także pomaga nam rzecznik praw dziecka.

Myśli pani, że mimo tego stereotypowego myślenia, jest nadzieja, aby proponowana przez was ustawa weszła w życie?

B. Ł. – Jestem przekonana, że jest taka szansa. Tylko warunkiem, jest stworzenie kampanii społecznej, która uświadomiłaby ludziom, że adopcja nie jest niczym wstydliwym, tylko czymś pięknym – daniem miłości, bezpieczeństwa i szansy na przyszłość dziecku, które wzięło się na wychowanie. Koleżanka, która mieszkała przez 20 lat w Kanadzie opowiadała mi, że jeśli jakaś rodzina adoptuje tam dziecko, to cieszy się z tego cała lokalna społeczność – wszyscy wiedzą, że dana rodzina zrobiła coś dobrego. W Polsce chowamy się w czterech ścianach i nikt z sąsiadów nie może wiedzieć, że zdecydowaliśmy się na taki krok.

Zrobicie taką kampanię?

B. Ł. – Już jesteśmy w trakcie jej realizacji. Przyłączył się do nas Michał Wiśniewski, którego dotknął problem adopcji. Mamy możliwość realizacji spotu w Warszawskiej Szkole Filmowej i myślę, że we wrześniu będziemy gotowi, aby kampania ruszyła.

Wierzy pani, że zmieni ona to stereotypowe myślenie?

B. Ł. – Rodzic, który decyduje się na adopcję musi być na to gotowy, bo to nie jest łatwa rzecz wychować dziecko przysposobione. Z własnymi dziećmi jest wiele kłopotów, sama mam dwoje, więc wiem, że jest to ciężki kawałek chleba. Ale adopcja nie może opierać się na zakłamaniu i ukrywaniu prawdy, gdyż to zawsze może się później zemścić – i na dziecku i na rodzinie adopcyjnej.

Rozmawiał Dariusz Mieczysław Mól, fot. z archiwum Bożeny Łojko

Fundacja „Zerwane Więzi”
ul. Batorego 14 lok. 77-79 w Warszawie
e-mail: fundacja@zerwanewiezi.pl
strona internetowa: www.zerwanewiezi.pl

Musisz się zalogować, by móc dodawać komentarze!
Znajdź nas na Facebooku
TYGODNIK STREFA MIŃSK
adres biura:
ul. Warszawska 161 (1 piętro)
05-300 Mińsk Mazowiecki
tel. + 48 724 822 000
e-mail: reklama@strefaminsk.pl
lub e-mail: biuro@strefaminsk.pl
projekt graficzny: E-HO - agencja reklamowa - Mińsk Mazowieckikodowanie, system zarządzania