Tygodnik Strefa Mińsk NR 17/18 (373/374)

Jazda z adrenaliną

Kolarstwo to nie tylko wyścigi szosowe z Tour de Pologne na czele, czy cross country z Mają Włoszczowską. Zdobywające coraz większą popularność w Polsce kolarstwo ekstremalne ma swoich przedstawicieli również w Mińsku Mazowieckim.

Opublikowano: 18 Kwietnia 2014, Piątek, 09:28
Autor: admin
 0 0 0

Kolarstwo to nie tylko wyścigi szosowe z Tour de Pologne na czele, czy cross country z Mają Włoszczowską. Zdobywające coraz większą popularność w Polsce kolarstwo ekstremalne ma swoich przedstawicieli również w Mińsku Mazowieckim. Tylko w „Strefie” Cezary Rozwadowski i Michał Komoda opowiadają o swoich freeride'owych pasjach...

Uprawiacie kolarstwo z pogranicza freeride/downhill. Czym w ogóle są te dyscypliny i dlaczego je wybraliście?

Cezary Rozwadowski (C. R.) – Downhill to dyscyplina kolarstwa górskiego, koncentrująca się na zjeżdżaniu po naturalnych stokach, ścieżkach, w bardzo trudnym terenie, usłanym kamieniami, korzeniami i innymi naturalnymi przeszkodami. Na trasie zjazdowej możemy spotkać rozmaite skocznie, naturalne uskoki, dołki, wąskie odcinki między drzewami i dużą ilość zakrętów. Wybraliśmy głównie downhill, ponieważ daje nam niesamowite wrażenia z jazdy i dużą dawkę adrenaliny. Pokonując z dużą prędkością trudne odcinki leśne czujemy, jak byśmy „lecieli po trasie”. Motywujące jest także maksymalne skupienie podczas każdego przejazdu zwłaszcza, że jeden mały błąd może skończyć się dla nas fatalnie. Niestety, jest to sport bardzo ryzykowny i możemy nabawić się nieprzyjemnych kontuzji.

Michał Komoda (M. K.) – Freeride to dla nas jazda bez ograniczeń po każdym dostępnym terenie. Nie jesteśmy w niej ograniczeni do wybranych ścieżek i walki o ułamki sekund. Przede wszystkim chodzi o piękne i stylowe skoki, często okraszone wymyślnymi trikami, czy zjazd po zboczu ciekawą linią, którą sami sobie wyznaczamy. Właśnie ze względu na tę dowolność, freeride jest niesamowicie efektowny. Staramy się łączyć te dwie dyscypliny, wybierając to, co jest ich esencją – szybkość, ekstremalne wrażenia i swoboda zjazdu. Od zawsze podobały mi się techniczne aspekty jazdy na rowerze w terenie i rozwijanie dużych prędkości, bez konieczności ciągłego pedałowania. Jednak mimo wszystko, największe wrażenie i tym, co uzależnia jest adrenalina podczas zjazdu. Tego nie da się opisać.

Chyba nie macie zbyt dużo miejsc w okolicy do treningu?

C. R. – To prawda, nasza najbliższa okolica pozostawia wiele do życzenia w kwestii treningu. Ale dzięki kreatywnemu podejściu do sprawy, zaczęliśmy zjeżdżać po otaczającym nas terenie. W okolicy możemy wyróżnić kilka miejsc, w których trenujemy. Są to głównie okoliczne lasy. Ciekawe tereny znajdują też w okolicach Mikanowa, Julianowa, Chmielewa czy Gliniaka. Mając więcej czasu, wybieramy się często do Mazowieckiego Parku Krajobrazowego oraz w okolice Wesołej. A w Warszawie jeździmy na kopcu Powstańców Warszawy, potocznie zwanym „Śmieciarą” oraz na górce „Trzech szczytów”, czyli na Kazoorze.

M. K. – Mazowsze nie jest może wymarzonym regionem do uprawiania tych dyscyplin, ale chcieć to móc i staramy się to pokazywać. Staramy się wykorzystywać to, co mamy w naszej okolicy. Warto jeszcze wspomnieć o ciekawych miejscach w Kołbieli, Józefowie, Otwocku, Górze Kalwarii czy Wesołej. Szczególnie w tych dwóch ostatnich można spotkać grupki lokalnych maniaków zjazdu, z którymi cyklicznie się spotykamy.

Ile lat już trenujecie tę dyscyplinę?

C. R. – Zaczęliśmy uprawiać downhill w 2008 r. Było bardzo ciężko, gdyż, na dobrą sprawę, nikt nie interesował się tą odmianą kolarstwa. Zresztą i dziś popularność tego sportu w naszych stronach nie jest wysoka. Od samego początku we dwóch staramy się pchać ten sport do przodu i go popularyzować. Pamiętam, jak staraliśmy się znajdować dobre miejsca dla naszej dyscypliny, jak odkrywaliśmy górki na Gliniaku, gdzie stawialiśmy swoje pierwsze kroki. Mamy nadzieję że w najbliższym czasie usłyszy o nas szersze grono ludzi, a tym bardziej dołączy do nas więcej osób, które chciałyby z nami jeździć.

M. K. – Downhillem zajmuję się od ok. 6 lat. Początki nie były różowe, ponieważ było nas wtedy zaledwie dwóch, więc mogliśmy liczyć tylko na siebie. Pamiętam, że mieliśmy bardzo słabe rowery w których cały czas coś się psuło. Jeździliśmy gdzie się tylko dało, jednak mało o tym sporcie wiedzieliśmy, więc nasza jazda nie przypominała wcale tego, co można zobaczyć obecnie podczas naszych zjazdów. Jednym z plusów jest fakt, że nauczyłem się naprawiać praktycznie każdy szczegół w rowerze.

Czyli jest to sport, który wymaga specjalnego sprzętu?

C. R. – Tak, jest to dyscyplina wymagająca specjalnego sprzętu, często kosztującego krocie. Światowa elita jeździ na rowerach o wartości przekraczającej 20 tys. zł. Kiedy już wiemy, że ten sport jest dla nas i chcemy w nim zaistnieć, to możemy zacząć od czegoś bardziej przystępnego, np. zwykły górski rower z nie za wysoką ramą będzie idealny na początek. Ja cały czas jeżdżę na sztywnej ramie, bez żadnego systemu zawieszenia tylnego. Plusem jest to, że nie wybacza błędów, uczy pokory i szacunku dla terenu.

M. K. – Wytrzymałość sprzętu w zjeździe, oprócz umiejętności, odgrywa ważną rolę, ze względu na przeciążenia i uderzenia, jakie musi przenosić rower podczas karkołomnego zjazdu. Kupowanie czegoś taniego i niesprawdzonego jest wyrzucaniem pieniędzy w błoto – może nam tylko przysporzyć problemów i narazić na niebezpieczeństwo podczas jego użytkowania. Dlatego wybierając rower, powinniśmy szukać sprzętu z przeznaczeniem do zjazdu, bądź czegoś pośredniego, jeśli nie mamy zbyt wielu funduszy.

Czy każdy może z wami zacząć jeździć?

M. K. – Na dobrą sprawę każdy. Najważniejsze są chęci i zapał do jazdy, sprzęt na początek ma drugoplanowe znaczenie. Tak jak Czarek powiedział, zanim wydamy duże pieniądze, warto przekonać się, czy jest to sport dla nas.

Są inne, poza wami, osoby w naszej okolicy jeżdżące w ten sposób?

C. R. – W 2012 roku do naszej grupy DH4EVER dołączyło kilku osób z Mińska i okolic, które pomagają nam podnieść poziom i wyciągnąć ten sport na wyżyny. To głównie ci, którzy uprawiali wcześniej inną ekstremalną odmianę kolarstwa górskiego, albo od niedawna zaczęli swoją przygodę z tym sportem.

M. K. – Kolarstwo ekstremalne w ogóle jest niszowe, bo nie każdy się do tego nadaje. A downhill/freeride znajdują się w samym sednie tej niszy, w dużej mierze przez zaporowe ceny sprzętu oraz tego, że wymagają naprawdę dużego hartu ducha i uporu w dążeniu do celu. W sieci można znaleźć sporo naszych małych filmików pokazujących ten sport. Między innymi przez to, grupa osób jeżdżących w ten sposób stale się powiększa. Obecnie jest już nas kilkunastu.

Trenujecie dla siebie, czy przygotowujecie się do zawodów?

C. R. – Jeździmy przede wszystkim dla siebie, jednak nie będę ukrywał, że zawody zjazdowe są dobrą motywacją. Staramy się uczestniczyć rocznie przynajmniej w jednej lub w dwóch ogólnopolskich imprezach. Przed nami zawody w Wierchomli, w których planujemy wziąć udział.

M. K. – Jeżdżę dla przyjemności, choć z kumplami mocno rywalizujemy między sobą, kto szybciej pokona trudny zakręt, czy lepiej skoczy. Jest to rodzaj wzajemnej motywacji do poprawiania własnych osiągów. Ale w końcu pojawiła się myśl, żeby wystartować w prawdziwych zawodach zjazdowych, które odbywają się praktycznie tylko w górskich miejscowościach, takich jak Wisła. Chcieliśmy zobaczyć, na co tak na prawdę nas stać, co dają treningi w naszych płaskich okolicach w porównaniu ze startującymi zawodnikami mieszkającymi i trenującymi w górach. Na pierwszych zawodach dostaliśmy megawycisk, ale od tamtego czasu zajmuję coraz lepsze pozycje. W poprzednim sezonie w Wierchomli byłem w mojej kategorii dziewiąty, co jest dla mnie olbrzymim sukcesem. W tym sezonie planuje rozpocząć od mistrzostw Polski w Wiśle i zająć jeszcze lepsze miejsce. Poważnie się przygotowuję, gdyż trasa jest jedną z najtrudniejszych w Polsce.

Jak można się z wami skontaktować, gdyby ktoś chciał zacząć jeździć tak, jak wy?

C. R. – Najłatwiej znaleźć nas na stronie minskagruparowerowa.pl, gdzie umieszczamy własne filmiki, opisujemy czym się zajmujemy oraz kim jesteśmy.

Rozmawiał Kamil Bodziony, fot. Andrzej Taki (Taki Design Photo)

 

Musisz się zalogować, by móc dodawać komentarze!
Znajdź nas na Facebooku
TYGODNIK STREFA MIŃSK
adres biura:
ul. Warszawska 161 (1 piętro)
05-300 Mińsk Mazowiecki
tel. + 48 724 822 000
e-mail: reklama@strefaminsk.pl
lub e-mail: biuro@strefaminsk.pl
projekt graficzny: E-HO - agencja reklamowa - Mińsk Mazowieckikodowanie, system zarządzania