Tygodnik Strefa Mińsk NR 11/12 (367/368)

Cyrklem w oko

Chciałbym się odciąć od działań komisji rewizyjnej, która wydaje się, że trochę swoje kompetencje przekroczyła.

Opublikowano: 15 Maja 2014, Czwartek, 13:07
Autor: admin
 0 0 0

„W styczniu bieżącego roku w Zespole Szkół w Cegłowie (...) do oka gimnazjalisty wpadł cyrkiel” – na tym zdarzeniu bazowały media. Jak się jednak okazało, wypadek w szkole stanowi jedynie preludium. Do czego? Zaczęliśmy drążyć sprawę, a właściwie kilka spraw...

O tym się mówi...
– Rodzice Michała byli wielokrotnie wzywani do szkoły, chociażby w sprawie palenia papierosów. To jest bardzo trudny dzieciak. Tuż po wypadku zadzwoniłam do jego mamy, aby przyjechała do szkoły. Jednak kobieta nie odbierała telefonu – opowiada Beata Walas, dyrektor ZS w Cegłowie i potwierdza, podobnie jak inni pracownicy szkoły, że chłopak był „normalny, nie przelewający się”. Jednak, kiedy powiedział, że zaczyna nie widzieć na zranione oko, dyrektor stwierdziła, że lepiej zawieźć go do domu, bo wtedy szybciej przyjedzie do niego pogotowie. – Dziś wiem, że to był błąd. Powinnam była zadzwonić po karetkę i czekać – dodaje.

Po zawiezieniu Michała do domu, szkoła miała stały kontakt telefoniczny z jego mamą. Wiadomo było, że chłopak jest po operacji, że będzie widział. Dyrektor podkreśla, że nie wyczuła agresji ze strony kobiety, chociaż rozumie, że rodzice mogą mieć żal. Po wyjściu ze szpitala, uczeń niemal po tygodniu od wypadku wrócił do szkoły.
– Prosiłam, żeby rodzice najpierw przyszli do mnie do gabinetu, abyśmy ustalili jakieś zasady jego funkcjonowania w szkole. Chłopak miał gazik na oku, ale powiedział, że lekarz kazał mu chodzić bez opatrunku. Wiem, że przy urazie oka nie można dźwigać nic ciężkiego przez pół roku, a plecaki przecież trochę ważą. Poprosiłam wychowawczynię, aby ustaliła dyżury, kto będzie mu ten plecak nosił. Starałam się, w dobrej wierze, jakoś pomóc, a on sobie kpiny ze mnie robił, bo pewnie już dobrze wiedział, że widzi – wyjaśnia Beata Walas. – Było i jest mi go szkoda. To jest słabe dziecko pod względem nauki, nad którym 8 lat pracowałam i tak naprawdę na finiszu mi podziękował. Dobrym postępem było to, że w miarę systematycznie zaczął chodzić do szkoły w I semestrze – kończy Beata Walas.

Mama Michała o przyczynach wypadku wie tyle, ile powiedział jej syn.
– Pytałam go, jakim cudem miałeś cyrkiel w ręku na korytarzu podczas przerwy, gdzie jest dużo dzieci? Odpowiedział, że na lekcji ktoś mu zabrał piórnik, w którym był cyrkiel. I na przerwie jakiś inny kolega oddał mu go. Stąd cyrkiel trzymał w ręku. Obok chłopcy spierali się o coś, a Michał nawet nie był w temacie. Stał w tej grupce. Niechcący chłopiec kopnął Michała w rękę, w której on cały czas trzymał ten cyrkiel, a ten nieszczęśliwie trafił go w oko. Ale czy on biegał z tym cyrklem? Naprawdę nie wiem. Samo też mi się nie przyzna. A jeśli chodzi o telefony ze szkoły, to nie słyszałam, gdy dzwonili, bo byłam na podwórku. Kiedy się zorientowałam, że chcieli się ze mną skontaktować, to nie mogłam oddzwonić, bo nie miałam nic na koncie. Pomyślałam, że pewnie znów coś narozrabiał. Ale zanim zebrałam się do wyjścia, to już wychowawczyni go przywiozła. Powiedziała, że zdarzył się wypadek, że Michał został ukłuty cyrklem. A że nikt od nas nie odbierał telefonu, wiec przywiozła go do domu. I tyle. Zostawiła go i pojechała – wspomina mama Michała. – To był piątek, godzina przed 12, wszyscy w pracy. Nie wiedziałam tak naprawdę, co mam zrobić. Tym bardziej, że syn mówił, że nie widzi na oko. Jak spojrzałam, to cała rogówka była czarna. To wyglądało, jak szklane oko. I wyobraziłam sobie go niewidomego. Proszę mi wierzyć, że płakać mi się chciało. Pani ze szkoły pojechała i nawet nie zapytała się, czy mamy jakiś samochód, by zawieźć go do lekarza. Nie mam do niej żalu, bo przepraszała. Ale jednak zostaliśmy z problemem sami – dodaje.

Kobieta zadzwoniła do siostry, która poradziła jej, aby szukała samochodu, a ona w tym czasie zadzwoni do szpitala, aby zapytać, gdzie właściwie powinno się zawieźć chłopca.
– Już szykowałam się jechać autobusem do przychodni, do Mińska, do okulisty. Siostra jak oddzwoniła powiedziała, że w szpitalu są w szoku, że jeszcze czekamy, że powinno się jak najszybciej dzwonić po pogotowie, bo w każdej sekundzie coś się może stać. Ostatecznie przyjechała karetka z Siedlec i go zabrali. Mąż pojechał z Michałem i mówił, że w karetce bardzo komentowali, że z domu jest zabierany. W szpitalu też, jakby to by była jego wina. Ale przecież to nam ze szkoły przywieźli dziecko. Po godz. 17 przeprowadzili operację. Było to wklęśniecie rogówki do środka – opowiada mama Michała.

Michał jest w I klasie gimnazjum. Kobieta nie ukrywa, że ma problemy z synem, jeśli chodzi o naukę. Nieraz narozrabiał w szkole, jak to chłopak. Ale twierdzi, że nigdy go nie broniła. Bo jeśli zasługuje na karę, to niech ją poniesie. Dużo zawdzięcza pani sołtys Zofii Redek, która bardzo pomogła w sprawach związanych z urzędem: napisaniu i złożeniu pism, domaganiu się wszczęcia postępowania wobec winnych zdarzenia.
– Pani sołtys, jak dowiedziała się o wypadku, powiedziała że tak tego nie zostawi i złoży pismo do wójta. Powiedziała, że to nie pierwszy raz, kiedy źle traktowane jest dziecko w tej szkole. Ja jestem za spokojna i sama bym na pewno tego nie zaczęła. Do tej pory jest mi głupio pójść do szkoły. Cenię panią dyrektor, bo ta szkoła bardzo się zmieniła za jej kadencji, ale chyba w tym wszystkim zapomniała, że dzieci są najważniejsze, że każde dziecko zasługuje na pomoc. Nawet przez myśl mi nie przeszło, że mogą być tego takie konsekwencje – wyjaśnia mama Michała.

Z ustaleń zespołu powypadkowego oraz zeznań świadków wynika, że Michał trzymał w ręku cyrkiel i inny kolega kopnął go, broniąc się przed „dzióbnięciem” tym cyrklem w oko.
– Jedna z nauczycielek, która nie była bezpośrednim świadkiem zdarzenia, jednak jako pierwsza zobaczyła Michała trzymającego się za oko, na pytanie co się stało, usłyszała, „że Bartek uderzył mnie w oko”. I tej wersji chłopak trzymał się do chwili, gdy pani dyrektor rozpoczęła wyjaśnienie całej sprawy. Dopytywała się Bartka, jak kopnął Michała, dlaczego? Wtedy Barek przyznał się, że kopnął, ale w obronie własnej, broniąc się przed ukłuciem cyrklem. I ja w to wierzę, bo miesiąc wcześniej Michał pokłuł do krwi dziewczynkę. Wtedy wzywani byli rodzice i chłopak miał powiedziane, że jeśli jeszcze raz zdarzy się taka sytuacja, wówczas zostanie zgłoszony do sądu rodzinnego – mówi jeden z pracowników szkoły.
To, że uraz oka spowodowany był uderzeniem cyrklem, Michał przyznał się dopiero po tym, jak koledzy potwierdzili zdanie Bartka.

Dymisja dyrektor...
– Dymisja dyrektor nie była moją decyzją. To pani Walas złożyła rezygnację ze stanowiska dyrektora z trzymiesięcznym wypowiedzeniem. Tak naprawdę, ta rezygnacja, pomimo że jest faktem medialnym, to w efekcie, jeśli chodzi o funkcjonowanie szkoły, nic nie zmienia. Kadencja dyrektor kończyłaby się 31 sierpnia. Jednak, gdyby dymisja nie została złożona, wówczas z pewnością byłyby wyciągnięte konsekwencje – twierdzi Marcin Uchman, wójt Gminy Cegłów, zwierzchnik dyrektora szkoły i przyznaję, że mama Michała złożyła do Urzędu Gminy zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa. – Przeprowadziłem postępowanie wyjaśniające w tej sprawie. Zleciłem też kontrolę placówki przez pracowników Urzędu Gminy. O opinię poprosiliśmy firmę Meditrans, która zarządza karetkami pogotowia w naszym rejonie. W toku tego postępowania jednoznacznie można stwierdzić, że błędem pani dyrektor było niewezwanie karetki i to, że rodzina chłopca musiała samodzielnie szukać pomocy – dodaje.

Pisma donoszące o „dokonaniu przestępstwa przez panią dyrektor” wpłynęły jednocześnie do Urzędu Gminy w Cegłowie oraz Rzecznika Praw Dziecka, Komisariatu Policji w Mrozach, Kuratorium Oświaty, Ministerstwa Edukacji Narodowej, Rady Gminy. Ostatni z organów zareagował szybko i w szkole została przeprowadzona kontrola przez Komisję Rewizyjną Rady Gminy.
– Chciałbym się odciąć od działań komisji rewizyjnej, która wydaje się, że trochę swoje kompetencje przekroczyła. Nie mi to oceniać, bo Rada i Komisja to odrębne organy. Moje postępowanie było stricte administracyjne – przekonuje wójt gminy.

O tym już się mniej mówi...
– Całą sprawę wywołało pismo matki poszkodowanego chłopca. Dyrektor zastosowała strategię na przeczekanie, „zamiatania pod dywan”, żeby „sprawa przycichła”. Dopiero zniecierpliwiona brakiem reakcji ze strony dyrekcji matka uruchomiła całą sprawę, nagłośniła problem. Na posiedzeniu Komisji odczytaliśmy list matki i uznaliśmy, że mamy obowiązek zająć się wypadkiem w szkole, tym bardziej, że pismo wpłynęło bezpośrednio do rady, a Komisja Rewizyjna właśnie jest od tego, by reagować na skargi. Na tyle zbulwersowała nas ta sprawa, że postanowiliśmy udać się z wizytą do szkoły. Wójt robi swoje, a my swoje – wyjaśnia Mirosław Walas, zastępca przewodniczącego Komisji Rewizyjnej. – Pani obsługująca Radę dostała od nas polecenie, aby zawiadomić dyrektor o celu i wizycie komisji w szkole. Poinformowała ją, że Komisja Rewizyjna przyjdzie w poniedziałek, 17 stycznia o godz. 10 na posiedzenie do szkoły w sprawie Michała – dodaje.

Kontrola, czy sąd...?
– O kontroli komisji dowiedziałam się od sekretarki. Nikt ze mną nie uzgadniał terminu. Zapytałam pana Walasa o zakres kontroli i usłyszałam: „to pani nie wie?”. Wyrzucił mnie z gabinetu. A potem przesłuchiwał wszystkich pracowników mających coś do powiedzenia w sprawie wypadku – wspomina była dyrektor szkoły. – Jeszcze tego samego dnia zasięgnęłam opinii prawnika, czy przebieg prac komisji na pewno był zgodny z prawem – przyjście bez upoważnienia, wyrzucenie z gabinetu. Teraz wiem, że mogłam powiedzieć: „do widzenia państwu”. Przesłuchania prowadził pan Walas i nawet nie miałam świadomości, że nas nagrywają. Jednak jedna z nauczycielek, która przechodziła podobny proceder wcześniej zapytała, czy może podpisać to, co mówiła. Wtedy właśnie usłyszała, że nie musi niczego podpisywać, bo wszystko jest nagrane i będzie udostępnione.

Następnego dnia przesłuchiwani pracownicy, analizując przebieg pracy komisji oraz po zasięgnięciu opinii prawników uznali jednoznacznie, że było to ewidentne przekroczenie prawa. Niektórzy nawet, „przesłuchanie przez Komisję Rewizyjną traktuję jako urazę godności osobistej oraz poniżenie”.
– Jako dyrektor złożyłam zawiadomienie do Prokuratury Rejonowej. Przesłuchiwani nauczyciele wspólnie zredagowali pismo, które również złożyli w Prokuraturze – wyjaśnia Beata Walas.

Inaczej postrzega przebieg kontroli Mirosław Walas.
– Pani dyrektor czekała na nas, przywitała i zaprosiła do swojego gabinetu. Zaproponowałem, że może lepiej byłoby realizować posiedzenie w innym pomieszczeniu, nie chcielibyśmy tutaj w gabinecie, no bo jednak to będzie trwało dłuższy czas. Dla obiektywizmu pozyskanych informacji nie było wskazane, aby pani dyrektor uczestniczyła w tych rozmowach z podległymi jej pracownikami. Poinformowaliśmy ją o tym. W pierwszej chwili zdziwiła się, ale przystała na to. Wyproszenia żadnego z gabinetu nie było. To my byliśmy gośćmi i to dyrektor w dużej mierze decydowała o tempie i sposobie naszej pracy. Uważam, że jeśli dyrektorka złożyła doniesienie w zawiązku z nieprawidłowościami w działaniu Komisji, to świadczy to o nieznajomości przez nią prawa. Protokół z posiedzenia jest zrobiony, każdy może się z nim zapoznać, nagrania z rozmów są do odsłuchania. Wszystko odbywało się na poziomie i było kulturalnie – twierdzi Mirosław Walas i uważa, że zarzuty są przez byłą dyrektor celowo rozdmuchane. – Przyjęła taką dziwną linię obrony, przez przykrycie prawdziwego problemu innymi. A sprawę próbuje przedstawić, jako prywatną moją wojnę. A ja jestem w dość trudnej sytuacji, bo próbuje mi się zakneblować usta, gdyż moja żona pracuje w tej szkole. Nomen omen ma to samo imię, co dyrektorka – Beata Walas.

O tym niewiele się mówi, a jednak...
– Dyrektor wymyśliła intrygę od początku do końca w stosunku do mojej żony. Sprawy o fałszerstwo próbnych egzaminów gimnazjalnych. To idźmy dalej, może trzeba zacząć dociekać, czy nauczyciele dobrze sprawdzają klasówki dzieci, ćwiczenia, itd. Kompletna schizofrenia. Ciekawe, jaki cel w tym, np. miałaby moja żona. A wszystko tak naprawdę przez to, że poszła plotka o tym, że moja żona będzie starować na stanowisko dyrektora szkoły w Cegłowie. A pani Walas, odkąd dowiedziała się, że żona podnosi kwalifikacje – uznała, że stała się dla niej zagrożeniem. A żona na pewno nie zamierzała i nie zamierza brać udziału w konkursie na dyrektora – mówi Mirosław Walas.

W grudniu były egzaminy gimnazjalne w szkole.
– Miałam dziwne przeczucie, że coś jest nie tak z tymi egzaminami. Tak naprawdę wtedy zaniepokoiło mnie tylko to, że dwóch uczniów nie ma wyników, chociaż na egzaminie byli. Także dzieci z III klasy gimnazjum zaczęły przychodzić do mnie z pytaniem, dlaczego części egzaminu – humanistyczną, matematyczną, językową mieli na lekcjach omówioną, a przyrodniczej – nie. I czy ja mogłabym udostępnić im z archiwum egzaminy. A przecież nigdy egzaminy nie były w archiwum i wiedziałam, że ktoś, kto im przekazał taką informację, coś przekłamał. Zaczęłam to drążyć. Swoimi obawami podzieliłam się z moją zastępczynią. Egzaminy przyniosła nauczycielka, która je sprawdzała, mówiąc: „ja tego nie zrobiłam, ale egzaminy są sfałszowane. Są poprawki w dziecięcych pracach” – przekonuje Beata Walas.

Dyrektor przejrzała wszystkie części egzaminów, a przyrodniczą szczególnie. Stwierdziła poprawki u ¾ uczniów. Zaczęła dochodzić, jaki ktoś miał motyw, żeby to zrobić. Wiedziała, że ktoś musiał mieć dużo czasu, bo poprawki były naniesione systemem. A tego nie da się zrobić „od ręki”. Pytania były poprawione z geografii i biologii.
– Następnego dnia rano spotkaliśmy się w komisji, którą zawsze powołuję w przypadku próbnych egzaminów. Można powiedzieć, że każdy z nas miał dostęp do tych prac. Tak naprawdę zostały dwie osoby, które mogły to zrobić. Żadna się nie przyznawała, wiec poprosiłam, aby napisały oświadczenie. O podrabianiu prac gimnazjalnych poinformowałam radę pedagogiczną – mówi była dyrektor.

Jaki cel miało fałszerstwo egzaminów? Z biologii były podwyższone wyniki, a z geografii – ujęte. Poprzez to jeden nauczyciel podniósł sobie średnią z egzaminu, ale drugiemu obniżył. Grono pedagogiczne zażyczyło sobie opinii grafologicznej. Dyrektor, po zasięgnięciu opinii policji, wysłała oświadczenia do grafologa.
– Poinformowałam o tym wójta, który jednocześnie zaproponował, aby fakturę od grafologa przynieść do Gminy. I to zrobiłam. Ale już w domu wiedziałam, że popełniłam błąd. Z grafologiem kontaktowałam się mejlowo. Jak oddałam fakturę do Gminy, pomyślałam że może ktoś nieodpowiedni ją zobaczyć. Gdy dostałam ekspertyzę, która tak naprawdę nie odpowiedziała na moje pytania, zadzwoniłam do grafologa i wtedy usłyszałam, że przecież to ustaliliśmy telefonicznie. Nie dzwoniłam do niego. Wiedziałam więc, że ekspertyza jest nie w porządku i nie jest dowodem przy wystąpieniu z jakąkolwiek sprawą – mówi pani dyrektor.

Cyrkiel zamyka koło...
Gdy znana już była opinia grafologa, rozwinęła się sprawa z wypadkiem Michała, który miał miejsce 10 stycznia.
– Gdy byłam zaangażowana w sprawę fałszowania egzaminów, to wtedy, żeby mnie „ukrócić”, zaczęła się sprawa z Michałem. Pani sołtys złożyła pisma do wielu instytucji, ale nie do mnie. Nawet Rada Rodziców nie otrzymała pisma. Poprosiłam mamę Michała o to pismo i do tej pory nie otrzymałam. Zresztą w tej sprawie w ogóle nie kontaktowała się ze mną – opowiada Beata Walas. – Niedługo po wypadku miał miejsce incydent, w którym Michał wraz z kolegą zaatakował człowieka, który zbiera puszki. Wezwałam policję i rodziców. Przekazałam im protokół powypadkowy. Nie mieli zastrzeżeń. A już następnego dnia pani sołtys przyniosła na piśmie zastrzeżenia do protokołu. Poprosiłam, aby rodzice dali jej pełnomocnictwo w reprezentowaniu ich spraw. Do dziś go nie otrzymałam – dodaje. – Myślę, że rodzice Michała zostali wykorzystani w tej sprawie. Żadne pismo nie zostało złożone przez matkę, tylko przez panią sołtys. Nie sądzę, aby miała złość do mnie. Ale myślę, że też została w jakiś sposób wmanewrowana w to wszystko – przekonuje.

W telewizyjnym programie „Uwaga” podano, że pani Beata Walas, w związku z wypadkiem Michała, podała się do dymisji.
– Wiedziałam o prowadzonych w Gminie pracach nad moją osobą, wiedziałam o tym że pan Walas, wraz z komisją chciał mnie zwolnić od razu i pewnie by to zrobił. Wiedziałam, że radni przygotowywali dokumenty do odwołania mnie, a nawet dyscyplinarnego wyrzucenia z pracy. Sam wójt na spotkaniu z pracownikami szkoły powiedział, że „był obóz żądny krwi”. Moja rezygnacja nie była związana z wypadkiem Michała, czy strachem przed komisją. Nie akceptuję wykorzystywania dzieci do polityki wyborczej, która w tym czasie prowadzona była na terenie gminy. Uważałam, że moja rezygnacja uspokoi sytuację, wyciszy emocje, pozwoli szkole spokojnie funkcjonować. Tak się jednak nie stało – wyjaśnia była dyrektor.

Inaczej jej decyzję postrzega Mirosław Walas.
– Złożenie rezygnacji ze stanowiska dyrektora traktuję jako wprowadzanie w błąd społeczności cegłowskiej. Jaki sens ma rezygnacja, jak i tak kadencja wygasa i będzie nowy konkurs na dyrektora. Wcale nie zdziwiłbym się, gdyby dyrektor, mimo tego, że publicznie twierdzi, że nie wystartuje w konkursie, to jak przyjdzie co do czego, zapomni o danym słowie honoru. Linia obrony dyrektorki, to kreowanie się na męczennika, bo wtedy nikt nie pyta się o chłopaka, o jego zdrowie. Mówią, że łobuz, a czy to oznacza, że nie trzeba było mu pomagać i nie wezwać pogotowia? Brakowało dobrej woli ze strony dyrektora szkoły i teraz próbuje się przykryć ten fakt i zrzucić winę na innych.

Beata Walas nie zamierza kandydować ponownie na stanowisko dyrektora, choć, jak sama mówi, w tym trudnym dla niej czasie doznała wiele życzliwości od ludzi, którzy dzwonili, odwiedzali ją w domu, a jak nie mieli odwagi, to przysyłali smsy.
– Najbardziej jestem wdzięczna pracownikom szkoły, rodzicom i dzieciom. To moi uczniowie przynosili mi laurki, serduszka, pocieszali dobrym słowem.

Kwestie formalne...
Prokuratura Rejonowa w Mińsku Mazowieckim, o czym poinformowała w liście przysłanym do redakcji „Strefy”, prowadzi trzy postępowania przygotowawcze dotyczące nieprawidłowości w ZS w Cegłowie: 1 – niedopełnienia przez dyrektora szkoły obowiązków służbowych, poprzez nie wezwanie pogotowia do małoletniego ucznia tej placówki, 2 – w sprawie przekroczenia uprawnień przez funkcjonariuszy publicznych – członków Komisji Rewizyjnej Rady Gminy w Cegłowie w trakcie kontroli związanej z bezpieczeństwem w szkole, czym działali na szkodę interesu ustalonych nauczycieli, 3 – w sprawie sfałszowanych wyników egzaminu gimnazjalnego, próbnego.

Tekst Anna Kowalczyk (anna.kowalczyk@strefaminsk.pl), fot. D. Grzegorczyk

Musisz się zalogować, by móc dodawać komentarze!
Znajdź nas na Facebooku
TYGODNIK STREFA MIŃSK
adres biura:
ul. Warszawska 161 (1 piętro)
05-300 Mińsk Mazowiecki
tel. + 48 724 822 000
e-mail: reklama@strefaminsk.pl
lub e-mail: biuro@strefaminsk.pl
projekt graficzny: E-HO - agencja reklamowa - Mińsk Mazowieckikodowanie, system zarządzania