Tygodnik Strefa Mińsk NR 23/24 (379/380)

Związki partnerskie

Ostatnio przez Polskę przetoczyła się burzliwa dyskusja dotycząca projektów Ustawy o związkach partnerskich. Padały różne argumenty za i przeciw, np. że „sformalizowany związek partnerski byłby pójściem na łatwiznę”.

Opublikowano: 26 Lutego 2013, Wtorek, 15:25
Autor: admin
 0 0 0

Ostatnio przez Polskę przetoczyła się burzliwa dyskusja dotycząca projektów Ustawy o związkach partnerskich. Padały różne argumenty za i przeciw, np. że „sformalizowany związek partnerski byłby pójściem na łatwiznę”. Tymczasem w naszym kraju żyje wiele par w związkach nieformalnych, także w Mińsku i okolicach. Justyna i Marek, Waldek i Jola, Robert i Eliza* zgodzili się opowiedzieć w „Strefie”, dlaczego tworzą rodzinę, mimo że nie mają na to żadnych papierów. A Martyna i Paweł* wyjaśniają, dlaczego są ze sobą, ale tylko na papierze...

Justyna i Marek
Są ze sobą ponad trzy lata. Jest im ze sobą dobrze. Mieszkają razem w wynajętym mieszkaniu. Ślub? Po co? Wiadomo, jakby były pieniądze, to byłby i ślub. A tak, skąd na to wszystko wziąć. Chociaż nie mają dzieci, i tak ledwo starcza im od wypłaty do wypłaty. Najgorzej zimą, bo Marek pracuje na budowie i wtedy jest przestój. Żyją z tego, co Justyna zarobi. A zarobi może i nie tak mało, ale jest jeszcze przecież kredyt do spłacenia. Po odjęciu raty i zapłaceniu wszystkich bieżących należności, na życie zostaje około 1500 zł. A teraz jeszcze rozglądają się za nową wersalką. Muszą ją kupić, bo na tej, którą mają, nie da się już spać.

Teraz, jak Marek siedzi w domu, to chociaż ugotuje obiad, zrobi zakupy. Justyna, jak królewna wraca do domu na gotowe. Marek jest dla niej dobry. Mówi: „Niunia, jakbym wygrał w totka, to od razu zrobiłbym ci pięcioro dzieci”. Oboje chcieliby zalegalizować związek, ale czy im źle? Co właściwie zmieni ślub? Poza nazwiskiem – niewiele. Zresztą, Justyna ma koleżankę, która wzięła ślub tylko ze względu na dzieci. I to też wtedy, gdy najmłodszy syn poszedł do szkoły, aby nie pytali, że ona ma inne nazwisko, a on inne. Po co każdemu tłumaczyć?

Justyna jest już sierotą. Wie, że gdyby żyła mama, pewnie różne sprawy ułożyłby się inaczej. Rodzice Marka mieszkają daleko stąd. Młodzi odwiedzają ich przeważnie latem. To zamożni ludzie. Mają duży dom, z czego trzy pokoje stoją puste. Gdyby Justyna i Marek chcieli się do nich przeprowadzić, to mieliby gdzie mieszkać. Tylko co z tego, że dom jest duży – w mieście nie ma pracy. Może Marek coś by znalazł, ale Justyna nawet nie miałaby szans. To jeden z rejonów z największym odsetkiem bezrobocia. Zresztą, Justyna nie chciałaby tam mieszkać. Rodzice Marka są w porządku, nie powie, ale za bardzo chcą się we wszystko wtrącać. Szczególnie „teściowa”. Justyna wspomina, jak ostatnio, będąc u nich, poszli na spacer – Marek chciał pokazać jej gdzie chodził do szkoły, gdzie ganiał za piłką. Nie było ich może trzy godziny, ale jak wrócili, to nasłuchali się, że tyle czasu, że rodzice do nich dzwonili, że ojciec Marka już poleciał ich szukać. Co najmniej tak, jakby mieli naście lat, a nie tuż przed czterdziestką. Nie, Justyna nie pójdzie tam mieszkać. Może i „teściowa” nie jest zła, ale jakoś tak rzuciło się jej na głowę po menopauzie. Chce rządzić i wtrącać się. Owszem, nawet i pomoże, ale musi wiedzieć, co i jak, musi trzymać rękę na pulsie. A na to Justyna się nie zgodzi. Co z tego, że teraz mieszkają w wynajętym mieszkaniu, ale przynajmniej są sami. Tylko, że bez ślubu i skromnie? Najważniejsze, że są razem.

A co zabezpieczeniem na „wszelki wypadek”? Justyna mówi – „Już dawno powiedzieliśmy sobie – w razie wypadku czy czegoś gorszego mów, że jesteś moim mężem, ślub wzięliśmy tydzień temu i już. Przecież szpital nie będzie wymagał aktu ślubu, prawda?” Ale w razie śmierci nie mają według prawa żadnych zobowiązań wobec siebie? – „Wiem, że nawet nie mając ślubu, możemy spisać u notariusza wzajemne zobowiązania. Ale to kosztuje 150 zł. Licząc razy dwa. Na razie są inne wydatki. Ot, chociażby ta wersalka, potem może należałoby wymienić meble...”

Tak, jak jest, jest dobrze. Pewnie, że nieraz się pokłócą, ale potem się godzą. Ale gdzie się nie kłócą? W najlepszym małżeństwie są kłótnie.

Waldek i Jola
Sami nie wiedzą, ile dokładnie lat są ze sobą. Chociaż, zaraz, Mateusz, najstarszy syn ma 18 lat, to pewnie już jakieś dwadzieścia lat. Tak, Jola sobie przypomina, że jeszcze przecież, jak mieszkała w Warszawie, to Waldek do niej przyjeżdżał. Teraz, od wielu lat mieszkają w Mińsku, w domu, który Jolka odziedziczyła po ciotce. Waldek jest sprytny i sam go wyremontował – dociągnął wodę i zrobił łazienkę. Nie mają tylko miejskiej kanalizacji, bo to trochę kosztuje.

Waldek nieźle zarabia. Jolka raz ma pracę, raz nie – taka robota na zlecenie. Ale to lepiej, bo zajmie się domem. Zawsze jest co robić. Ślub? A po co im to? Mają dwoje dzieci. Mateusz jest już pełnoletni, a Maciek ma 14 lat. Kiedyś rodzina Waldka obawiała się, że ten wyszykuje dom, a potem Jolka da mu kopa w tyłek i gdzie się chłop podzieje? Ale co oni wiedzą? Pewnie, raz jest źle, raz dobrze – jak w każdej rodzinie. Są ze sobą już tyle lat, że właściwie to teraz już nikt nie mówi im o ślubie. Najbliżsi przywykli, chociaż nadal, szczególnie matka Waldka, martwi się o przyszłość i starość syna. Bo jak Jolka jednak da mu tego kopa. Dobrze, że chociaż dzieciaki noszą jego nazwisko.

Wcześniej to Jolka nawet nie mogła wziąć ślubu, bo nie miała rozwodu z pierwszym mężem. Teraz już drań nie żyje. Od lat jest wdową. I dobrze, bo dzięki temu jest dodatkowo samotną matką z możliwością uzyskania pomocy z urzędu. Przysługuje jej zapomoga i zasiłki. I dzięki temu z „opieki” węgiel przywiozą na zimę, a dzieciaki dostają obiady w szkole za darmo, a we wrześniu pieniądze na książki. Cały ten ślub więcej by tylko przyniósł złego, niż dobrego.

Waldek miał kiedyś żonę. Powiedzmy, że to była żona: mieszkali razem kątem u matki Waldka. Dała im jeść, oprała, robiła opłaty, a oni byli młodzi i używali życia. Sielanka się skończyła, gdy Waldek chciał mieć dzieci, a żona nie. Mówiła, że jest za młoda, że nie mają własnego mieszkania, a w końcu odeszła od Waldka. Ileż ten chłopak wycierpiał przez nią, to tylko matka Waldka wie. O mało nie skończył życia, bo taki jest wrażliwy. Na szczęście go odratowali. Stąd teraz obawy matki, że jak Jolka go zostawi, to nie wiadomo, co będzie. On tak bardzo kocha dzieciaki. Wszystko robi z myślą o nich. A ten najmłodszy – wypisz wymaluj Waldek. Nawet z charakteru.

Czy potrzebny jest im ślub, prawomocne zobowiązania wobec siebie? Słyszeli o tych wszystkich projektach, ale Jolka nawet nie chce o tym mówić. Po co legalizować partnerstwo, przecież straciłaby wszelkie możliwe przywileje „samotnej matki”. Z kolei Waldek nie ma czasu, aby o tym myśleć. Z domu go przecież nikt nie wyrzuci. Chyba?

Robert i Eliza
Od blisko piętnastu lat są ze sobą, ale razem mieszkają jakieś siedem czy osiem. Wspólnie wychowują w sumie czworo dzieci. Jedno – pierwszego związku Elizy i trójkę ich własnych. Najstarszy syn właśnie kończy gimnazjum, najmłodszy w grudniu obchodził piąte urodziny. Od niedawna mieszkają w Warszawie, bo babcia Roberta przepisała na nich mieszkanie.

Eliza jest stomatologiem, Robert trochę informatykiem, trochę elektronikiem. Oboje zarabiają bardzo dobrze. Po co im ślub? Czy tak, jak jest, jest źle? Oboje, już dawno temu uzgodnili, że są razem i to najważniejsze. Dzieci noszą nazwisko Roberta. Właściwie to nikt już nie dziwi się że żyją w takim związku. Wielu ich znajomych, na których weselach się wspólnie bawili, teraz są albo w trakcie rozwodu, albo już po. Eliza i Robert często świadkowali na ślubach, a po jakimś czasie – proszono ich na świadków do sądu, aby poświadczyli „rozpad małżeństwa”. To bardzo bolesne i przykre. Może dlatego ślub nie kojarzy im się z rodziną, a wprost przeciwnie – z czymś rozerwalnym, nienawiścią, ciąganiem po sądach, wzajemnych pretensjach.

A oni chcą być razem. Chcą razem się zestarzeć się i wychować wnuki. Stanowią dobrą rodzinę. Nawet dawni sąsiedzi z Mińska, z którymi przyjaźnią się do dziś, bardzo byli zdziwieni, że oni tak bez ślubu, i że mają tyle dzieci. Ale tak naprawdę, to nieważne, co mówią ludzie. Zawsze będą mówić. Żyją nie dla nich, tylko dla siebie i synów.

Jak Eliza urodziła pierwsze dziecko Roberta, jej matka śmiertelnie się obraziła. „Jak tak można, bez ślubu? Co ludzie powiedzą? Eliza niby taka wykształcona, a postępuje jak jakaś pierwsza-lepsza?” Po dwóch latach Eliza urodziła kolejne dziecko. Matka nadal nie odzywała się do nich. Roberta nie chciała znać, do wnuków się nie przyznawała. Nieoczekiwana odmiana nastąpiła cztery lata temu. Matka Elizy odwiedziła ich i zaoferowała pomoc w wychowaniu dzieci. Eliza nie ukrywa, że było im ciężko – nie finansowo, ale źle się czuła się odrzucona przez matkę. Ale nie chciała stawiać wszystkiego na jedną kartę i dokonywać wyboru: Robert i dzieci, albo matka. Może rzeczywiście czas leczy rany? Okazało się, że Eliza nie jest jedynym przypadkiem w rodzinie, że nie ona jedna żyje w grzesznym związku, niemoralnie, nie po bożemu. Przez zupełny przypadek matka Elizy dowiedziała się, że jej siostrzenica pochodzi z takiego właśnie związku. Siostrzenica, którą matka Elizy stawiała zawsze za wzór.

„Dzieci ochrzciliśmy hurtem, przy okazji komunii najstarszego syna. Aby nie wywoływać sensacji, ceremonię przeprowadził zaprzyjaźniony ksiądz z Warszawy. Wprawdzie delikatnie namawiał nas na ślub, nawet taki cichy, ale zdecydowanie odmówiliśmy” – opowiada Eliza. Czy kiedyś, mimo wszystko, zdecydują się na formalne zawarcie związku? Może kiedyś? Tylko po co? Ale jeśli już – to tylko ślub kościelny. Tylko taka przysięga. Eliza uważa, że jednak lepiej żyć i w grzesznym związku, ale za to z czystym sumieniem, że nie złamała bożego przyrzeczenia. Jest dobrze, jak jest. A do tego, żeby być razem i się kochać, nie jest im potrzebny żaden prawny certyfikat.

Martyna i Paweł
Martyna wyszła za mąż z miłości. W październiku ubiegłego roku minęła okrągła, piętnasta rocznica ślubu. Ale już od wielu lat tworzą z mężem typowe papierowe małżeństwo. Wprowadzili niepisany podział – Martyna odpowiedzialna jest z opłaty: czynsz, prąd, telefon. Paweł ma na głowie zakupy żywności. Nie mają wspólnej kasy, nie wyjeżdżają razem na wakacje. Wspólne jest mieszkanie, dziecko, telewizor, garnki. Nie łączy ich nic, poza tym. Nawet śpią w oddzielnych pokojach. Rozwód? Żadne z nich nie podejmie takiej decyzji, ze względu na religię. Kiedyś przecież się kochali. Ich związek był pełen miłości. Teraz mówią o przyzwyczajeniu i wzajemnej tolerancji. Żadne z nich nie narzeka. W sumie tworzą rodzinę, ale czy to małżeństwo? Związek partnerski? Chyba związek bardziej umowny.

Gdyby mogli cofnąć czas, wtedy na pewno nie podjęliby decyzji o małżeństwie. Zdecydowanie opowiadają się za związkiem partnerskim, bez prawnych zobowiązań. A może ich związek wyglądałby zupełnie inaczej, gdyby nie przyrzeczenie, że się nie opuszczą aż do śmierci, a teraz obawa przed krzywoprzysięstwem?

* imiona zostały zmienione

Wysłuchała Anna Kowalczyk

Musisz się zalogować, by móc dodawać komentarze!
Znajdź nas na Facebooku
TYGODNIK STREFA MIŃSK
adres biura:
ul. Warszawska 161 (1 piętro)
05-300 Mińsk Mazowiecki
tel. + 48 724 822 000
e-mail: reklama@strefaminsk.pl
lub e-mail: biuro@strefaminsk.pl
projekt graficzny: E-HO - agencja reklamowa - Mińsk Mazowieckikodowanie, system zarządzania