Tygodnik Strefa Mińsk NR 17/18 (373/374)

W kwiatach Orientu

Mińszczanka Edyta Matejko-Paszkowska z zawodu jest tłumaczką z języka koreańskiego. Pięć lat temu, wspólnie ze swoją przyjaciółką – Marzeną Stefańską-Adams, założyła pierwsze w Polsce wydawnictwo promujące literaturę i kulturę koreańską. Książki wydawane przez „Kwiaty Orientu” zbierają znakomite recenzje, a w „Strefie” poznajemy kulisy pracy i pasji pani Edyty...

Opublikowano: 15 Lutego 2013, Piątek, 14:08
Autor: admin
 0 0 0

Mińszczanka Edyta Matejko-Paszkowska z zawodu jest tłumaczką z języka koreańskiego. Pięć lat temu, wspólnie ze swoją przyjaciółką – Marzeną Stefańską-Adams, założyła pierwsze w Polsce wydawnictwo promujące literaturę i kulturę koreańską. Książki wydawane przez „Kwiaty Orientu” zbierają znakomite recenzje, a w „Strefie” poznajemy kulisy pracy i pasji pani Edyty...

Dlaczego wybrała pani język koreański, a nie angielski czy jakiś inny język europejski?

Edyta Matejko-Paszkowska (E. M.-P.) – Zawsze ciągnęło mnie w stronę Orientu. W liceum zaczytywałam się książkami o filozofii Zen i taoizmie, oglądałam filmy Akiry Kurosawy, zaczęłam ćwiczyć jogę. Języki europejskie były dla mnie środkiem w dotarciu do Azji, o której mało było materiałów po polsku i trzeba było doczytywać, np. w języku angielskim. Wiele osób pyta dlaczego wybrałam język koreański, a nie – dużo ówcześnie popularniejsze języki – japoński czy chiński. Powiem tak – z przekory. Czytając o Japonii, czy Chinach siłą rzeczy trafiało się na Koreę, nazywaną często pomostem kulturowym między tymi dwoma krajami. Ale kiedy zaczęłam drążyć wątek koreański okazało się, że „pomost” ma odrębną, fascynującą kulturę. Z czasem zaczęłam też dostrzegać podobieństwa między Polską a Koreą.

Jakie to podobieństwa?

E. M.-P. – Mimo odległości i różnic kulturowych, mamy podobne, kształtujące nas – jako naród, położenie geopolityczne. Korea leży między rywalizującymi (także o nią) mocarstwami – Chinami, Japonią i Rosją. Koreańczycy obrazowo nazywają swój kraj krewetką między wielorybami. O wpływy w Polsce od wieków walczyły strony rosyjska i niemiecka. Myślę, że konieczność konfrontacji z zastaną rzeczywistością zrodziła w Polakach i Koreańczykach podobną wrażliwość.

Nie jest chyba łatwo nauczyć się koreańskiego? Ile lat zajęło pani poznanie go na tyle dobrze, aby się nim swobodnie posługiwać?

E. M.-P. – Zawsze mówię, że nauka każdego języka zajmuje podobną ilość czasu i wymaga podobnego wysiłku. Problem z językami „nietypowymi” jest taki, że na studiach przygoda z nimi dopiero się rozpoczyna, podczas, gdy studenci np. języków europejskich już na starcie mają język kierunkowy opanowany w stopniu co najmniej dobrym. Zaczęłam od żmudnego poznawania liter, ślęczenia godzinami nad kartką papieru, żeby oswoić rękę, budowania prostych zdań, lektury prostszych tekstów. Były to czasy, kiedy ciężko było znaleźć koreańskie edytory tekstów, brakowało pomocy naukowych, typu nagrania audio i wideo, a także mało kto miał w domu internet. Przełomem było dla mnie rządowe stypendium, które na czwartym roku studiów przyznała mi organizacja Korea Foundation. Dzięki niemu, przez blisko rok, mogłam uczyć się koreańskiego na jednym z seulskich uniwersytetów. To było wspaniałe i jednocześnie bardzo bolesne doświadczenie.

Bolesne?

E. M.-P. – Mimo dobrze zdanych egzaminów wstępnych do Instytutu Językowego na uniwersytecie, okazało się, że mam problem z dogadaniem się w sklepie, na ulicy, rozmową w grupie kolegów. „O rety, nic nie rozumiem!” – to jedno zdanie dźwięczało mi w głowie przez blisko dwa pierwsze tygodnie pobytu. A jak już zaczęłam powoli rozumieć, przyszła kolej na uwagi: „Mów normalnie, a nie podręcznikowo”. Cała ta sytuacja wynikała ze sporej różnicy między „szkolnym”, pisanym językiem koreańskim, a potocznym językiem mówionym. Język koreański ma też mocno rozbudowany system honoryfikatywności – zawiły dla początkujących system gramatyczny odzwierciedla poziomy grzeczności. Zwracając się do kogoś, należy wziąć pod uwagę, czy rozmówca zajmuje w społeczeństwie pozycję nam równą, niższą, czy wyższą. Pozycję danej osoby wyrażają rzeczowniki oraz końcówki czasownikowe. To znaczy, że inaczej mówimy do osób młodszych, inaczej do starszych, inaczej do znanych, inaczej do nieznajomych. Poza tym, nauka języka jest niemożliwa bez poznawania i zrozumienia kultury kraju, z którego się wywodzi. Cały czas się uczę!

Przeciętny Polak wie, że Korea jest podzielona na Północną i Południową. Kojarzy pewnie też style walki, jak np. Taekwon-do, które się z niej wywodzą. A co panią fascynuje w tym kraju?

E. M.-P. – W Korei od zawsze fascynują mnie ludzie. Ludzie i kontrasty. Miałam szczęście do ludzi, więc trochę trudno mi obiektywnie oceniać Koreańczyków. Są podobni do Polaków, mają „serce na dłoni”, zawsze pomogą znaleźć drogę, nawet jeśli to nie będzie ta droga, której szukaliśmy. Prędzej pokażą najbardziej prawdopodobną, taką, o której myślą, że to ta właściwa, niż zostawią nas bez pomocy. Koreańczycy przez cały tydzień pracują jak szaleni, według nieśmiertelnej maksymy „palli, palli” (czyli szybko, szybko), a w weekend idą w góry. Przeszło 70% Korei to góry. Seul – stolica „Kraju Spokojnego Poranka”, nigdy nie zasypia. Ten ultranowoczesny moloch, w którym mieszka ponad jedna czwarta wszystkich mieszkańców Republiki Korei, otoczony jest zewsząd mniejszymi i większymi górami, a w nich, na każdym kroku, są jakieś świątynie, miejsca zadumy, cisza i spokój.

Jest w Polsce zapotrzebowanie na tłumaczy z języka koreańskiego?

E. M.-P. – Okazuje się, że jest. Mimo że liczba absolwentów koreanistyki rośnie, coraz liczniejsze w Polsce firmy koreańskie – mniejsze i większe, stale poszukują tłumaczy.

Od dawna bije się na alarm, że Polacy coraz mniej czytają, tymczasem pani z koleżanką założyła wydawnictwo. Nie bała się pani, że to ryzykowna decyzja zwłaszcza, że literatura koreańska jest u nas bardzo mało znana?

E. M.-P. – Nie ma ryzykownych decyzji, jeśli chodzi o spełnianie marzeń :) Kilka lat temu nikt nie chciał wydawać literatury koreańskiej. Zakochane w Korei próbowałyśmy szukać wsparcia w innych wydawnictwach, ale zawsze odprawiano nas z kwitkiem – mówiono nam, że to nieznany kraj, że dziwaczna literatura, że teraz jest moda na inny rejon świata... Najlepszym sposobem na zrealizowanie marzeń i wydanie przetłumaczonych przez nas tekstów było założenie własnego wydawnictwa. Postanowiłyśmy zarazić innych naszą pasją. Udało się. Potwierdzają to liczne maile od coraz to nowych miłośników Korei.

Jaka jest literatura koreańska, hermetyczna czy uniwersalna? Jaką ma wartość dla nas, europejczyków?

E. M.-P. – Tak naprawdę wszystko zależy od autora. Kim Young-ha, którego nazywa się koreańskim Haruki Murakamim, autor wydanych przez nas książek: „Wampir i inne opowiadania” oraz „Imperium świateł”, podczas wizyty promującej „Wampira” powiedział w jednym z wywiadów, że stara się być pisarzem uniwersalnym. Zawsze pisząc tekst myśli o tłumaczu, o tym żeby nie przysparzać mu niepotrzebnie dodatkowej pracy, i o czytelniku, żeby mógł odnaleźć przesłanie tekstu, nie gubiąc się w zawiłościach międzykulturowych. Są także pisarze mocno zakorzenieni w tradycji koreańskiej, jak Hwang Sok-Yong, autor „Chwastów”, jeden z najpoważniejszych kandydatów do literackiej Nagrody Nobla. Jego opowiadania są nieco surowe, mogą być nieprzyjemne w pierwszym odbiorze, a przez to wydawać się bardzo hermetyczne. Generalnie, literatura koreańska jest w dużej mierze literaturą filozoficzno-refleksyjną, gdzie autorzy budują nie tylko akcję, ale sięgają także do sfery emocjonalnej bohaterów, do ich psychiki, literaturą zmuszającą czytelnika do podejmowania prób identyfikacji z bohaterami, z ich decyzjami, lub wręcz przeciwnie – do ostrej polemiki. Większości z książek nie sposób przeczytać w jeden wieczór i zapomnieć w drugi. Nawet tak krótkich historii, jak tej opowiedzianej w „Czarnym ptaku” Suzy Lee, gdzie cały tekst zawiera się zaledwie w piętnastu zdaniach.

Które z książek wydanych przez „Kwiaty Orientu” poleciłaby pani szczególnie i dlaczego?

E. M.-P. – Na sam początek bajkę dla każdego, czyli książkę Hwang Sun-mi „O kurze, która opuściła podwórze”. Zaledwie kilka dni temu okazało się, że ta pozycja zdobyła tytuł „Najlepszej książki roku 2012 w kategorii literatury dziecięcej” w prestiżowym konkursie organizowanym przez wortal granice.pl. Wcześniej pokonała mnóstwo książek z różnych kategorii w konkursie wiosennym i zdobyła tytuł „Najlepszej książki na wiosnę 2012”. To historia kury, która pragnie zrealizować swoje marzenie i opowieść o determinacji w jego spełnianiu. Więcej nie zdradzę :) Może jeszcze tylko tyle, że Wojciech Eichelberger napisał o niej: „Poruszająca i ze wszech miar pouczająca opowieść – nie tylko dla dzieci, również dla dorosłych”. A Kasia Kotowska, kiedy martwiłam się, bo ktoś ze znajomych powiedział, że to głupie, żeby prezentować książkę o niemądrych kurach, powiedziała: „Pani Edyto, a może trzeba zmienić znajomych?”.

Tłumaczy też pani książki, np. wspomnianą „Kurę”. To pewnie trochę inna praca niż tłumaczenie, np. dokumentów?

E. M.-P. – Zdecydowanie inna. Przez wiele lat pracowałam jako tłumaczka przysięgła, więc dokumentów miałam dostatek. Tłumaczy się je, przekazuje zamawiającemu i zapomina o nich. Natomiast książka żyje w tłumaczu przez cały okres tłumaczenia, od pierwszego zdania, do ostatniego. Ciągłe analizy zdań, aby uchwycić subtelności i niuanse, rozmyślanie nad wyborem tego, a nie innego słowa, polemiki z autorem, konsultantami. I kiedy wydawałoby się, że wreszcie można o książce choć na chwilę zapomnieć, do boju wchodzi redaktor... i rozpoczyna się ponowna analiza tekstu. Mam wrażenie, że tłumaczone teksty literackie kocha się i nienawidzi jednocześnie.

Jakie radości i jakie problemy są udziałem osób prowadzących wydawnictwo?

E. M.-P. – Najbardziej dotkliwym problemem jest dystrybucja książek. To prawdziwe wyzwanie. Nasz pierwszy dystrybutor zbankrutował i straciłyśmy dużo pieniędzy na starcie. Obecnie rynek jest mocno zmonopolizowany, a duże sieci często nie chcą współpracować z małymi wydawnictwami, niezależnie od jakości i popularności wydawanej literatury. Dlatego pracujemy na kilku etatach jednocześnie. Jesteśmy odpowiedzialne za ostateczny kształt książki, za współpracę z siecią dystrybutorów, za promocję. Każdy element kosztuje dużo wysiłku i czasu. Nie wspominając o logistyce typu: wysyłka książek pocztą, dostawy do dystrybutorów, odbiory z księgarń,. Bez wsparcia zaprzyjaźnionych osób byłoby nam bardzo trudno. Dodatkowo „Kwiaty Orientu”, od początku swego istnienia aktywnie uczestniczą w popularyzowaniu kultury i literatury koreańskiej. Aktualnie w naszej ofercie znajdują się szkolenia międzykulturowe, językowe, warsztaty literacko-plastyczne. Szczególnie wdzięcznym odbiorcą warsztatów są najmłodsi czytelnicy.
A co nas cieszy? Każda nowa książka i fakt, że grono wielbicieli literatury koreańskiej rośnie z dnia na dzień. Pamiętam taką scenkę z półkolonii, które prowadziłam na temat Korei. Dotyczyły bajki „Psia kupa”, Kwon Jeong-saenga. Na początku zajęć większość dzieci śmiała się nawet nie ukradkiem z książki i tematu. Ale na zakończenie warsztatów jedna z dziewczynek podeszła i zapytała: „Proszę pani, a gdzie można dostać tę książkę, bardzo mi się spodobała”. To największa nagroda, jaką można otrzymać.

Czy w przyszłości planujecie rozszerzyć ofertę wydawnictwa o książki z innych orientalnych krajów?

E. M.-P. – Na razie szczycimy się swoją unikalnością :) W Korei powiedziano nam, że żadne inne wydawnictwo na świecie nie specjalizuje się wyłącznie w temacie samej Korei. Czas pokaże, co będzie dalej. Może uda się stworzyć jakieś siostrzane oficyny? Nie zamykamy drzwi. W końcu to „pomost” był naszą inspiracją.

Rozmawiał i fot. Dariusz Mieczysław Mól

Edyta Matejko-Paszkowska w skrócie:
Sama o sobie – inni opowiedzą o mnie więcej i lepiej.
Największy sukces – moje córki.
Największa porażka – poczucie bezsilności.
Najbardziej lubię – wstyd powiedzieć, ale chyba... pracować.
Co mnie złości – gnuśność.
Moje marzenia – zabrzmi banalnie, ale być zdrową – wtedy wszystko jest możliwe.
Ulubione miejsca w powiecie – oczywiście Miejska Biblioteka Publiczna w Mińsku Mazowieckim, tworzona przez wspaniałych ludzi pełnych pasji :)

Książki „Kwiatów Orientu” dla Czytelników „Strefy”
Wydawnictwo „Kwiaty Orientu” ufundowało dla Czytelników „Strefy” dwie książki „O kurze, która opuściła podwórze”. Żeby je zdobyć, wystarczy odpowiedzieć na pytanie: jakim terminem określana jest Korea (Edyta Matejko-Paszkowska używa tego określenia w odpowiedzi na jedno z pytań w opublikowanym wyżej wywiadzie). Odpowiedzi prosimy przesyłać na adres mailowy: dariusz.mol@strefaminsk.pl do niedzieli, 24 lutego. Kto pierwszy ten lepszy!

Polski „odkrywca” Korei
Koreę dla Polaków „odkrył” Wacław Sieroszewski (1858-1945), podróżnik i literat Młodej Polski, badacz Dalekiego Wschodu. Dotarł do półwyspu koreańskiego 10 października 1903 roku. Swoje refleksje na temat Korei spisał w dzienniku zatytułowanym „Korea Klucz Dalekiego Wschodu”. Dziennik oraz opowiadanie „Z życia Korei” stały się pierwszymi źródłami informacji o Korei dla Polaków.

Musisz się zalogować, by móc dodawać komentarze!
Znajdź nas na Facebooku
TYGODNIK STREFA MIŃSK
adres biura:
ul. Warszawska 161 (1 piętro)
05-300 Mińsk Mazowiecki
tel. + 48 724 822 000
e-mail: reklama@strefaminsk.pl
lub e-mail: biuro@strefaminsk.pl
projekt graficzny: E-HO - agencja reklamowa - Mińsk Mazowieckikodowanie, system zarządzania