Tygodnik Strefa Mińsk NR 23/24 (337/338)

W Mrozach, Kałuszynie i Cegłowie ratowano dzieci

W Mrozach obchodzono 70. rocznicę ocalenia Dzieci Zamojszczyzny. Uroczystość rozpoczęła się mszą świętą w kościele parafialnym. Potem, dokonano odsłonięcia pamiątkowej tablicy.

Opublikowano: 20 Kwietnia 2013, Sobota, 10:12
Autor: Cyprian Rokicki
 0 0 0

20 kwietnia w Mrozach obchodzono 70. rocznicę ocalenia Dzieci Zamojszczyzny. Uroczystość rozpoczęła się mszą świętą w kościele parafialnym. Potem, odsłonięcia pamiątkowej tablicy umieszczonej na budynku stacji PKP dokonali poseł Czesław Mroczek, bp Marek Solarczyk, starosta Antoni Jan Tarczyński, wójtowie gmin: Kałuszyn, Cegłów, Mrozy oraz uratowane w 1943 roku dzieci, dziś już osoby w starszym wieku z gminy Grabowiec.

Dalsza część obchodów odbyła się w szkole podstawowej, gdzie dr Beata Kozaczyńska mówiła o dramacie Dzieci Zamojszczyzny, wypędzanych od 27 listopada 1942 r., którym zabrano prawo do normalnego życia. Natomiast o transporcie, jaki 28 lutego 1943 r. przybył do Mrozów, a także pomocy wysiedlonym opowiadała bibliotekarka Ewa Grabarczyk.
– Przyjechaliśmy do tej ziemi, gdzie 70 lat temu dzieci, którym zabrano rodziców, znalazły schronienie – zwrócił się do mieszkańców gościnnej mazowieckiej ziemi Tadeusz Goździejewski, wójt Gminy Grabowiec. A inicjator ufundowania tablicy – Mieczysław Nowogrodzki rozpoczął serię wspomnień o Dzieciach Zamojszczyzny. Dobrze pamięta dzień 10 lutego 1943 roku, kiedy to Niemcy okrążyli wieś. On, i kilka innych wdzięcznych za pomoc osób z Grabowca, opowiedzieli swoją historię.

– Ogłosili, że mamy piętnaście minut na spakowanie najpotrzebniejszych rzeczy i wypędzili nas z domów. Mama przygotowała trochę jedzenia. Ja miałam 10, a brat 13 lat. Furmanką jechaliśmy 30 km do obozu w Zamościu, gdzie zajechaliśmy wieczorem. Spędzili nas do baraków, a tam nie było gdzie usiąść. Niemieccy lekarze sortowali ludzi – jedni trafili do Rzeszy, a pozostałych wywozili na stację kolejową i ładowali do wagonów towarowych. Nie wiedzieliśmy, gdzie nas zabierają. Po drodze zmarła staruszka i nie było co z nią zrobić, bo wagony były szczelnie pozamykane. Kiedy już dotarliśmy do Mrozów, zaczęli wyrzucać z wagonu zmarłych, a na nas czekały furmanki. Trafiłam z bratem do szkoły w Kałuszynie. Pamiętam najwspanialszy smak chleba z mlekiem, jaki wtedy nam dali. Dzięki tym ludziom, którzy nam pomogli, poczuliśmy się szczęśliwi, za co bardzo wam dziękuję – mówiła Weronika Surma, jedna z wysiedlonych.

28 lutego 1943 roku jeden z transportów, w którym znajdowały się 1064 osoby, został skierowany do Mrozów. Jak wspominał Stefan Wolf, ówczesny kierownik szkoły powszechnej, w przeddzień akcji woźny przyszedł do niego z niezwykłą informacją. – „Panie kierowniku, jutro przyjeżdża transport z Zamojszczyzny. W gminie był Niemiec, mówił, że 28 lutego. I żeby nikogo nie było na ulicach”. Wolf nie był zaskoczony tą informacją, bo właśnie przed chwilą miejscowy kolejarz poinformował go o zbliżającym się do Mrozów pociągu z wysiedlonymi. Wiedział, co trzeba robić, ponieważ wcześniej zdarzały się transporty z wysiedlonymi, których rozmieszczano w opustoszałych domach letniskowych w Mrozach i u mieszkańców innych wsi. Tym razem trzeba było działać inaczej. Wszyscy wiedzieli, że w pociągu są dzieci jadące do obozu. Woźnego wysłał do kolejarzy – „Oni będą wiedzieli, co robić” – powiedział. Sam powiadomił sołtysów, lekarza i pielęgniarkę.

O ósmej rano wszyscy spotkali się w budynku blisko stacji kolejowej w Mrozach (obecnie mieści się tam siedziba biblioteki). Natomiast lekarz czekał w domu po przeciwnej stronie ulicy. Tego dnia padał deszcz, na ulicach było błoto. Zgodnie z rozkazem, ludzie nie wychodzili z domów, a po peronie maszerowali tylko dwaj niemieccy żandarmi. – „W tym pociągu mogą być chorzy na tyfus, dlatego będzie potrzebny lekarz” – poinformował Stefan Wolf jednego z mundurowych. Niemcy bali się chorób zakaźnych, dlatego chętnie zgodzili się na pomoc medyczną.

Nadjechał oczekiwany pociąg. Pod pretekstem zepsutego semafora, kolejarze skierowali go na boczny tor. – „Z pierwszego i ostatniego wagonu wysiedli żandarmi, szli i walili „bykowcami” w drzwi pociągu, krzycząc głośno: raus, raus! Powyrzucali wszystkich w błoto. Coś strasznego. Troje ludzi już nie żyło” – napisał we wspomnieniach Stefan Wolf. Niemców zaproszono do przygotowanego wcześniej pokoju na poczęstunek zakrapiany alkoholem. W tym czasie mieszkańcy mogli zająć się transportem (wśród 1064 osób było 502. dzieci). Poinformowani o zaplanowanej akcji mieszkańcy Mrozów i okolicznych wsi zjawili się tuż po odejściu z peronów niemieckich żandarmów. Szybko zaopiekowano się przerażonymi dziećmi. Największą część ludzi zawieziono przygotowanymi wcześniej furmankami do Kałuszyna. Do Cegłowa trafiło 113 osób. Mimo ciężkich warunków, wielu mieszkańców przyjęło pod swój dach wysiedlonych – niektórzy nawet po kilka osób, jak w przypadku rodziny Henryka Kozara, który z ogromnym wzruszeniem opowiadał o kobietach z Cegłowa, dzięki którym przeżył.

– Po okrutnym rozdzieleniu z matką i strasznym transporcie w bydlęcym wagonie, wysiedliśmy na stacji w Mrozach. Dostałem pajdę chleba z marmoladą i gorącą herbatę, trochę się rozgrzałem. Do dziś pamiętam ten smak. Podstawili furmankę, którą z babcią Anną Kozar, bratem ciotecznym Ryśkiem i jego matką Weroniką Surmą pojechaliśmy do pani Matuszewskiej w Cegłowie. Ona, jej córka i wnuk, 4-letni Olek mieszkali w drewnianym domu z gankiem. Niedaleko był staw. Dostaliśmy małe pomieszczenie. Spaliśmy w jednym łóżku, tylko babcia spała osobno. Z dnia na dzień coraz mniej tęskniłem za mamą, zacząłem bawić się z Olkiem. Chodziliśmy do lasu na jagody i maliny – wspomina Henryk Kozar.

Chore dzieci umieszczono w szkole w Mrozach. Tam dostały jedzenie. Po badaniu lekarskim trafiły do przybranych rodziców. Niektóre były wycieńczone i bardzo chore, trzeba było natychmiast im pomóc. Drewniany, pusty dom letniskowy państwa Fabiańskich był odpowiedni na zorganizowanie szpitalika. Pamiętnego dnia Jadwiga Mizikowska z Mrozów wracała z tajnych kompletów. Doktor Władysława Chodorowska biegła w stronę szkoły i powiedziała, że będzie potrzebna. Jadwiga zostawiła torbę z zeszytami w domu i szybko pobiegła do szkoły. A tam przywożono dzieci, ludzie przynosili żywność i ubrania. Doktor decydowała, które dziecko zostaje, a które może iść do rodziny. Mężczyźni szykowali dom letniskowy Fabiańskich, by tam urządzić szpitalik.

– Po czterdziestu latach spotkałam jedną z dziewczynek z Zamojszczyzny, która trafiła do szpitalika. Poznała mnie i wszystkie wspomnienia odżyły na nowo – wspominała Stanisława Osińska, niegdyś sanitariuszka AK – I znów były łzy, ale tym razem już nie strachu i bólu, tylko łzy wdzięczności i szczęścia.

– „Były trzy pokoje, kuchnia i przedpokój. Porozumiałem się z dyrektorem szpitala w Mińsku i dał mi 16 łóżek, kilka otrzymałem z sanatorium w Rudce. Wysłałem po nie furmanki. Wójt, Niemiec Arnold Schultz dał koce, mieszkańcy przynosili pościel, bieliznę i jedzenie. Z Rudki dostawaliśmy lekarstwa. Chętnych do pomocy nie brakowało” – napisał Stefan Wolf. Opiekę lekarską sprawowali dr Jan Poczekaj, na zmianę z dr Chodorowską. Pomagało kilkanaście dziewcząt.

W pierwszym dniu działania szpitalika, do lekarzy podszedł Stefan Wolf i zapytał: „które dziecko jest najciężej chore?” Pokazano mu jedenastoletnią dziewczynkę chorą na tyfus i ropne zapalenie uszu, miała też bardzo wysoką gorączkę. – „Jak ją uratują, to zabierzemy ją do siebie” – powiedział żonie. Codziennie przychodził, robił zastrzyki, stawiał bańki i wierzył, że Danusia wyzdrowieje. – „Na rękach ją zaniosłem do domu... Została lekarzem, jej syn również. Po śmierci mojej żony, otoczyła mnie najserdeczniejszą opieką” – wspominał w latach 90. Stefan Wolf.

Każdego ranka sanitariuszki myły dzieci, czesały, mierzyły temperaturę, ścieliły łóżka, myły podłogi. Po wspólnej modlitwie przygotowywały śniadanie. – „Trzyletni Jaś, ulubieniec wszystkich, po przebudzeniu stawał na łóżku i żegnał się niezdarnie, mówiąc: ojciec, sina, ducha. Wyciągał błagalnie rączki w naszą stronę i prosił: pani kochana, buli masiem i ciuciu. Bułka z masłem, posypana cukrem, to był jego szczyt marzeń. Wiedział, że po modlitwie będzie śniadanie” – opowiadała Stanisława Osińska. – „Dzieci zachowywały się różnie. Kiedy gorączkowały, były kapryśne. Spieczonymi usteczkami cichutko wołały mama. A my, gładząc ich gorące główki lub zmieniając zimne okłady na czółka, buntowałyśmy się, dlaczego te niewinne małe istoty są oderwane od najbliższych. I bardzo je kochałyśmy. Kiedy słychać było odgłosy niemieckich butów, wylęknione dzieci płakały. Tuliłyśmy je, by się uspokoiły. Żandarmi odchodzili, ale one długo nie mogły zasnąć”.

Natomiast w Cegłowie bezpłatną dla wysiedlonych opiekę lekarską sprawował dr Tadeusz Osiński, który wraz z K. Piwowarską i J. Piątkowską miał pełne ręce roboty, gdyż 45. dzieci chorowało na odrę, zapalenie płuc i tyfus. Właśnie na tyfus zmarli w marcu 1943 roku 9-letni bliźniacy Jan i Szczepan Pawelec. Oni, oraz pani Ilczuk z dzieckiem są pochowani w Cegłowie.

– To dzień świadków, dzień pamięci o tych, co zginęli i tych, co pomagali. A ja dziękuję, że tu byłem – wyznał podczas obchodów 70. rocznicy ocalenia Dzieci Zamojszczyzny poseł Czesław Mroczek. A starosta Antoni Jan Tarczyński podsumował, że „jubileusz ocalenia wysiedlonych, to piękna lekcja historii i patriotyzmu”.

Tekst i fot. Danuta Grzegorczyk

 

 

Musisz się zalogować, by móc dodawać komentarze!
Znajdź nas na Facebooku
TYGODNIK STREFA MIŃSK
adres biura:
ul. Warszawska 161 (1 piętro)
05-300 Mińsk Mazowiecki
tel. + 48 724 822 000
e-mail: reklama@strefaminsk.pl
lub e-mail: biuro@strefaminsk.pl
projekt graficzny: E-HO - agencja reklamowa - Mińsk Mazowieckikodowanie, system zarządzania