Tygodnik Strefa Mińsk NR 39/40 (307/308)

Mieszalnia marzeń

Na początku określano je peweksami. Z czasem pojawiły się określenia: ciuchland, ciucholand, szmateks, mieszalnia, lumpeks…

Opublikowano: 1 Listopada 2017, Środa, 17:18
Autor: plina_m
 0 0 0

Na początku określano je peweksami. Z czasem pojawiły się określenia: ciuchland, ciucholand, szmateks, mieszalnia, lumpeks… Zakupy w sklepach z odzieżą używaną cieszą się dużą popularnością ze względu na cenę, jakość i możliwość wyszperania czegoś oryginalnego. Ale są tez zdecydowani przeciwnicy, dla których oburzające jest włożenie na siebie czegoś z drugiej ręki, niewiadomego pochodzenia, może nawet ściągnięte z umarłego.

Z drugiej ręki

Od lat znane są zakupy odzieży z drugiej ręki. Dawniej, aby kupić coś oryginalnego trzeba było jechać na bazar do Rembertowa, gdzie można było nabyć skórzaną marynarkę czy zamszowe mokasyny z USA. Już od ponad 25 lat na rynku polskim istnieją sklepy z odzieżą używaną. Dziś już w niczym nie przypominają tych pierwszych punktów, najczęściej ulokowanych gdzieś w podwórzach, ze stertą odzieży leżącej na posadzce i specyficznym, wręcz odrażającym zapachem ubrań sprzedawanych na kilogramy bez względu na rodzaj. Dzisiejsze sklepy oferują towar czysty, odpowiednio segregowany, na wieszakach, posegregowany kolorystycznie, gatunkowo. Według pracownika Sanepidu, nie musimy obawiać się odzieży zakupionej w szmateksie, bo już zanim trafi do hurtowni a następnie do sklepów, podlega ona wstępnej dezynfekcji. Przecież zakupioną odzież po przyniesieniu do domu i tak pierzemy. Bardziej powinniśmy obawiać się barwników dodawanych do nowej odzieży zakupionej w sklepie, bo niektóre z nich w kontakcie ze skórą, szczególnie wilgotną, mogą powodować alergie.

Cena czyni cuda

W Mińsku mamy wiele lumpeksów, konkurencja jest duża, a jednak niewiele punktów cieszy się popularnością. Uzależnione jest to nie od ceny, ale od jakości sprzedawanych rzeczy, obsługi, zróżnicowania towaru. Wśród wielu klientów panuje opinia, że odzież ze szmateksu jest lepsza gatunkowo od tej zakupionej w „normalnych” sklepach czy też „u chińczyka”. Poza tym często można kupić używaną markową odzież za niewielkie pieniądze. Czasem trafiają się nowe rzeczy: końcówki serii, ubrania z poprzednich sezonów. Często producent pozbywa się towarów zalegających w magazynach, które trafiają wprost do szmateksu.

Jak mówi jedna ze sprzedawczyń mińskiego ciuchlandu, bardzo często przychodzą do nich ciuchy, które jeszcze kilka miesięcy wcześniej były hitem sezonu. I nierzadko są to rzeczy zupełnie nowe, z metką, które klienci mogą kupić po atrakcyjnych cenach.

Kasia kreacje na wszelkie imprezy kupuje właśnie w szmateksie. Zresztą jak sama mówi, ubiera siebie i całą rodzinę „na ciuchach”. Dla Ani z kolei liczy się metka i poluje na ubrania od Pierre Cardina, Chloe czy Chanel. Częściej jednak można trafić na ubrania masowych marek jak H&M, Reserved, Carry czy też C&A, Nike oraz Puma. Ania uważa, że takie rzeczy są trwalsze, w dużo lepszym stanie no i oryginalne czyli niepodrabiane.

Wiele osób przychodzi do ciucholandu, ze względu na nietuzinkowość sprzedawanych rzeczy. Jak mówi właścicielka lumpeksu w małej miejscowości, u niej w sklepie nigdy nie sprzeda się coś nietypowego, jak np. spodnie z obniżonym krokiem.

Rzeczy używane są lepsze jakościowo niż nowe. Bez porównania. Bo jeśli już coś jest zużytego, to jest to zużyte zębem czasu. Przywożę do swojego sklepu również nowe ubrania, bo mam też takich klientów, którzy zupełnie nie chcą używanych, tylko rzeczy nowe – i wiem, że te nowe są dziś naprawdę gorszej jakości. Używane są już sprawdzone i co się miało z nimi stać, to się stało jak na przykład różne niespodzianki podczas pierwszego prania – mówi właścicielka szmateksu.

Dla każdego coś dobrego

Odzież używana jest wybawieniem dla wielu kobiet w ciąży, czy matek z małymi dziećmi. Wiadomo, ze zakupione rzeczy używane będą przez chwilę, wiec bez sensu jest wydawać ciężkie pieniądze za spodnie ciążowe czy śpiochy dla malucha, z których albo zaraz wyrośnie albo okaże się, że nawet cudowne proszki nie dopiorą plam z marchewki czy soczku. Podobnie z odzieżą dla dzieci, bo te szybko wyrastają albo niszczą ubrania.

Niezaprzeczalnym jest fakt, że mniej szkoda wyrzucić odzież kupioną za grosze, chociaż jak mówi Iwona – spodnie kupione w szmateksie nosi już 3 lata!

Ciuchlandy są ratunkiem gdy na gwałt potrzebna jest odzież narciarska, przebranie na bal w przedszkolu, kawałek kolorowego tiulu na dekorację.

Zdecydowaną większość klientów stanowią kobiety i młodzież – rzadziej gimnazjalna, częściej studencka. Coraz więcej też przychodzi mężczyzn, głównie po konkretne rzeczy. Nie buszują między wieszakami w poszukiwaniu czegokolwiek. Szukają raczej na przykład marynarki, bo akurat muszą iść na jakieś przyjęcie, a nie mają w swojej garderobie takich ubrań. Panowie często też przychodzą po rzeczy sportowe. Tu kupią profesjonalne ubrania dla amatorów kolarstwa czy joggingu, wykonane ze specjalnych materiałów, nie przepuszczających wiatru, ale oddychających. Te w sklepach nie są tanie, a różnica tkwi tylko w cenie.

Dla niektórych wizyta w szmateksie stanowi swoisty rytuał: wpaść raz w tygodniu, bez określonego celu zakupu, przegrzebać wieszaki, a może akurat coś fajnego wpadnie. Nie ważne czy jest potrzebne. Istotne, że trafia się okazja, więc trzeba korzystać. Panie sprzedające w lumpeksach bardzo często słyszą, jak klientki między sobą konsultują, jak ukryć przed mężem kolejną bluzkę czy spódnicę.

W lumpeksie można kupić wszystko. Dużym popytem cieszą się rozmaite gadżety, torby, paski, książki, zabawki. Na przykład pies Gabrysi bawi się zabawkami kupionymi tylko w szmateksie. Te z „normalnego” sklepu nie interesują go, bo brak specyficznego zapachu.

Bogusia ma szczęście i często potrafi wygrzebać coś fajnego, jak ostatnio poduszkę z pierza, sztukę-nówkę, w pokrowcu. Ale dziś już rzadko można coś trafić. Jak mówi, jeszcze kilka lat wcześniej właśnie w szmateksie kupiła golarkę, radio, garnki, pojemniki do przechowywania. I wszystko za grosze!

Właśnie głównie cena przemawia do klientów, bo czy opłacalnym jest kupić wełnę i zrobić sweter, który można kupić już za 10 czy 30 zł. To tyle, ile zapłaciłoby się za 1 motek, a na sweter potrzeba co najmniej 4.

Na łowy

Specyficzną grupą klientów są handlarze: rzeczy kupione za niewielką sumę wystawiane są na aukcjach i sprzedawane za dużo większe pieniądze. Jest to bardzo dobry interes, szczególnie gdy na metce widnieje nazwisko słynnego projektanta bądź znanej firmy. Gdy brak takiej metki, wyszukuje się ciuchy, które ową metkę posiadają i przeszywa się na to ubranie, które jest wyceniane i sprzedane dalej – mówi właściciel ciuchlandu. – Łatwo poznać, kto kupuje na dalsze odsprzedanie, bo ci klienci wyłapują z wieszaków bez patrzenia na rozmiar. Faktem jest, że są to klienci zostawiający jednorazowo kupę pieniędzy przy kasie.

Kiedyś klientami były osoby szukające „perełek” i do dziś mam takie osoby, które lubią markowe rzeczy. Ale dawniej były to osoby, które nie miały pieniędzy, czyli głównie rodziny wielodzietne. Pomimo, że ceny mam niskie to i tak ludzie się targowali. Odkąd weszło 500+ klient się zmienił. Te osoby, które kiedyś nie miały pieniędzy, praktycznie do mnie nie przychodzą, a jeśli już przychodzą to w ogóle nie rozglądają się za rzeczami używanymi, tylko nowymi. Nie interesuje ich już cena, nie targują się. Jeśli chodzi o mój punkt i mój sklep, to mam stałe osoby, zamówienia na konkretne rzeczy, które staram się sprowadzać – mówi właścicielka sklepu z używaną odzieżą.

I chociaż ceny w lumpeksach nie są wygórowane i wydawałoby się, że o złodziejach nie ma mowy, jednak zdarzają się sytuacje, kiedy klient wychodzi ze sklepu nie płacąc za rzeczy. Pomysłów jest wiele: wciskanie w rękawy, kieszenie, a najczęściej zakładanie pod własne ubranie. Nie odstrasza wzrok ekspedientki ani kamery. Najczęściej kradzione są buty: klient-złodziej najzwyczajniej podmienia zakładając na nogi, a swoje zostawiając – mówi pani Bożenka sprzedająca w ciuchlandzie.

Zakłamanie

Do swojego sklepu nie sprowadzam bielizny, bo wiem że mi nie pójdzie – mówi właścicielka lumpeksu w małej miejscowości. – Tu wszyscy się znają i istnieje obawa, że nie wypada kupić używanych majtek czy stanika, mówią, że nie kupią czegoś tam bo ileś osób to przegrzebało. Najśmieszniejsze jest to, że jak jestem w ciucholandzie w Mińsku, to widzę osoby, które znam, kupujące to, czego u mnie by nie kupiły. I chodzi właśnie o bieliznę: biustonosze, majtki. Chociaż może ja majtek bym nie kupiła. Ale w sumie to wszystko można uprać.

I zgadza się z tym Asia, która kupuje buty w szmateksie, które następnie wrzuca do pralki. Wprawdzie szpilek nie uprała, ale dokładnie wyczyściła. Jak mówi, nigdy jeszcze nie złapała „parcha”, świerzbu czy grzybicy.

Młodzi ludzie do mnie nie przychodzą. Wstydzą się, że to obciach. Czasami jak ktoś przyjedzie na wakacje, jest obcy dla pozostałych, wtedy sprzedaję coś, co nigdy nie sprzedałoby mi się. Zdarza się, że jak przyjdą młodzi ludzie z rodzicami, to jest wręcz awantura że oni nie chcą tutaj wejść. I pomimo tego, że mam też nowe rzeczy, to i tak nie chcą nic „z tego sklepu”. Ale tak to jest w małych miejscowościach – mówi właścicielka sklepu.

Dziwnym wydaje się fakt, że przeciwnicy szmateksów jednocześnie zaopatrują się na aukcjach internetowych, a przecież Allegro czy OLX opiera się w dużej mierze na sprzedaży rzeczy używanych. A czy to samochody, meble czy ubrania – jest to sprzedaż z drugiej ręki. Z jedną różnicą – tam ich nikt nie widzi, nie pozna...

Dostawcy szczęścia

Stali bywalcy lumpeksów wiedzą gdzie i kiedy jest dostawa towaru. Nie zraża ich cena, która w tym dniu dochodzi do 50 zł za kilogram, bo i tak nie jest to 80 czy 90 zł jak w Warszawie. W dniu dostawy jest szansa na zakupienie wielu wartościowych rzeczy za niewielkie pieniądze. Bo nawet jeśli za dżinsy Levis’a zapłacimy 50 zł to i tak będzie to niewiele w stosunku do ceny rynkowej.

Pracownik jednego z mińskich lumpeksów mówi, że właśnie najwięcej kupujących jest w dniu dostawy nowego towaru, ale też w dni wyprzedaży, kiedy cena jest najniższa. Nie znaczy to, że w „najtańszy” dzień zjawiają się tylko ci, którzy do lumpeksów chodzą, bo muszą, bo nie stać ich na markową odzież. Dni wyprzedaży w lumpeksach, gdy można kupić wszystko po 1 zł „pilnuje” mąż Jadzi, bo wtedy kupuje ubrania „do roboty”. Starych, brudnych nawet nie pierze, tylko wyrzuca, bo drożej wynosi pranie niż kupienie nowego zapasu ubrań.

Coraz więcej ludzi przerzuciło się na ciucholandy – mówi pracownica sklepu. – Spotykamy panie ze skarbówki czy banku, lekarzy, prawników a więc tych, których stać na zakupy w zwykłym sklepie. Mają pewność, że to co znajdą w stercie używanych ciuchów nigdy nie zobaczą u innej osoby i to zaleta, która przekonuje do zakupów w lumpeksach. Nie dziwi nas widok tłumu ludzi, którzy z niecierpliwością wyczekują, aż drzwi zostaną otwarte. Dzień dostawy jest najgorszy, bo wówczas ludzie potrafią się nawet pokłócić o łachy. Dochodzi niekiedy do drastycznych scen, czasem nawet rękoczynów.

Zakupy w ciucholandzie rzadko kiedy są przykrą koniecznością. Dla większości jest to możliwość znalezienia czegoś oryginalnego, niepowtarzalnego. Trochę jak mieszalnia marzeń, bo jak inaczej można określić odczuwanie szczęścia i bogactwa, jeśli za wyszperaną rzecz, wartą co najmniej dziesięciokrotnie więcej, płacimy 5 zł. A naturę już mamy taką, że czujemy się szczęśliwi jeśli uda nam się kupić coś taniej.

 

Musisz się zalogować, by móc dodawać komentarze!
Znajdź nas na Facebooku
TYGODNIK STREFA MIŃSK
adres biura:
ul. Warszawska 161 (1 piętro)
05-300 Mińsk Mazowiecki
tel. + 48 724 822 000
e-mail: reklama@strefaminsk.pl
lub e-mail: biuro@strefaminsk.pl
projekt graficzny: E-HO - agencja reklamowa - Mińsk Mazowieckikodowanie, system zarządzania