Tygodnik Strefa Mińsk NR 17/18 (373/374)

Szkolny wyścig szczurów

Jeszcze do niedawna pojęcie to było kojarzone z dużymi korporacjami i sposobem rozwoju indywidualnej kariery zawodowej.

Opublikowano: 10 Marca 2015, Wtorek, 23:02
Autor: btsd
 0 1 0


Jeszcze do niedawna pojęcie to było kojarzone z dużymi korporacjami i sposobem rozwoju indywidualnej kariery zawodowej. Obecnie coraz częściej i głośniej mówi się o różnych aspektach, czy symptomach tego zjawiska wśród dzieci i młodzieży szkolnej. Czy słusznie? Postanowiliśmy przyjrzeć się z bliska narastającemu problemowi, prosząc o opinię rodziców, którzy bardzo różnie oceniają skalę zjawiska.
Tempo współczesnego życia, wymagania otoczenia oraz presja społeczna wpływają na osąd tego, co jest najlepsze i niezbędne dla naszych dzieci. Dlatego już od narodzin planujemy im przyszłość, marząc skrycie o wielu wyzwaniach, którym czasami z różnych względów sami nie sprostaliśmy. Jednak patrząc na dzisiejszy zakres prywatnych usług rozwojowo-edukacyjnych, ich poziom, różnorodność, a przede wszystkim dolną granicę wieku uczestników, zaczynamy gubić się w labiryncie dziecięcych możliwości i własnych oczekiwaniach. Nauka pływania dla niemowlaków, zajęcia muzyczne od pierwszego roku życia, angielski dla dwulatków, cała paleta dodatkowych umiejętności przeznaczona dla przedszkolaków oraz niezliczona ilość zajęć, lekcji, kursów, czy spotkań dla dzieci w wieku szkolnym. Wszystko to sprawia, że świadomie, bądź nie, nakładamy na ich barki tak wielkie obciążenie, że nie zawsze potrafią je unieść. Niestety, w skrajnych przypadkach zamiast solidnego przygotowania i wyjątkowej wiedzy fundujemy własnym dzieciom miejsce na starcie biegu w „szkolnym wyścigu szczurów”.
Barbara
Od roku pracuję w Warszawie i dla własnej wygody zaczęłam szukać przedszkola jak najbliżej miejsca pracy. Dostałam od koleżanek kilka sprawdzonych adresów i rozpoczęłam poszukiwania. W pierwszym miejscu usłyszałam: „ Szanowna Pani, w naszym przedszkolu przyjmujemy wstępne zapisy na rok 2015/2016. Ma pani wyjątkowe szczęście, bo zostało kilka ostatnich wolnych miejsc i jest spora szansa, aby jedno z nich mogło należeć do Pani dziecka, ale czasu jest niewiele.” W następnych placówkach było podobnie, z tym że informacja o braku wolnych miejsc na najbliższe dwa lata widniała już na drzwiach wejściowych. Gdy zaczęłam tracić nadzieję, ktoś w pracy dał mi adres wspaniałego przedszkola, w miarę blisko biura i z wolnymi miejscami na przyszły rok. Pełna entuzjazmu poszłam na rekonesans jeszcze tego samego dnia. Po godzinnej rozmowie z przesympatyczną dyrektor promieniałam z zachwytu myśląc, że złapałam Pana Boga za nogi. Oferowali tyle wspaniałych zajęć, nowoczesnych metod, dwa języki obce, taniec, basen, jazdę konną dla chętnych, wycieczki do kin i teatrów, a do tego opiekę lekarską, stomatologiczną, logopedyczną, psychologa i wiele, wiele innych cudowności. Po powrocie do domu opowiadałam z przejęciem mężowi o przedszkolu, które znalazłam. Kiedy skończyłam, zadał mi pytanie: „Ile to nas będzie kosztowało?” Odpowiedziałam, że 1500 zł miesięcznie. Nie jest to mało, ale przecież ile oferują w zamian. Mąż wziął kalkulator i liczył przez dłuższą chwilę, po czym stwierdził: „Według moich obliczeń wychodzi minimum 3500 zł”. Niestety miał racje. Nie doczytałam drobnego druku i stało się jasne, dlaczego mają jeszcze wolne miejsca. Wciąż miałam nadzieję, że może jednak znajdą się pieniądze na tak ważny cel. Gdy ochłonęłam, mąż spokojnie zapytał: „Jesteś pewna ,że trzylatek potrzebuje basenu, koni, tańca, łamigłówek i dwóch języków obcych? A co będzie robił, jak pójdzie do szkoły podstawowej? Jak będzie odbierany wśród rówieśników, których rodziców nie stać na podobne fanaberie? Znajdziesz elitarną szkołę za ciężkie pieniądze i pozwolisz na to, aby od najmłodszych lat walczył o pozycję wśród podobnych dzieci w wyścigu szczurów? A czy zostanie miejsce na to, aby sam wybrał coś, co sprawi mu przyjemność? Jak chcesz zrekompensować to córce, która na pewno poczuje się gorsza, a może nawet znienawidzi brata tylko dlatego, że ty chciałaś dobrze?” Mąż znów miał rację.
Karolina
Wychowałam czwórkę własnych dzieci, a po śmierci siostry pomagałam przy kolejnej trójce. Bywało różnie – raz lepiej, raz gorzej, ale wspólnymi siłami przetrwaliśmy to, co najgorsze. Siedmioro dzieci w domu to wiele pracy, obowiązków, wydatków, a także potrzeb, które z powodu braku finansów musieliśmy ograniczać do minimum. Było skromnie, ale szczęśliwie. Dzieci wyrosły, poszły na studia, kończą liceum, gimnazjum, a dwoje uczy się w podstawówce. Byłam z nich dumna, bo radzili sobie świetnie – mieli bardzo dobre oceny, wzorowe zachowanie i pomagali w domu.
Rok temu zostałam wezwana do szkoły w sprawie syna – czwartoklasisty. Następnego dnia zwolniłam się z pracy i stawiłam na rozmowę z wychowawczynią. Co prawda z rozmową miało to mało wspólnego, raczej przypominało terapię szokową. Pani zaczęła od słów, że zna sytuację rodzinną syna, że to dobry dzieciak, zdolny i obowiązkowy. Ogólnie nie ma z nim problemów wychowawczych, ale pod presją innych dzieci i rodziców w klasie jest zmuszona prosić o przeniesienie go do innej, równoległej klasy, oczywiście dla jego dobra. Na krótkie pytanie, „dlaczego?”, usłyszałam dziesiątki odpowiedzi, a w tym kilka kluczowych – opóźnia edukację wyjątkowo zdolnej klasy, nie chodzi na dodatkowy angielski, co spowalnia prowadzenie zajęć, nie umie pływać, przez co inne dzieci marnują czas na pływalni, nie uprawia dodatkowych sportów, dlatego rówieśnicy nie wybierają go do gier zespołowych. Ogólnie mówiąc – demotywuje klasę i blokuje rozwój wybitnych jednostek. Zaniemówiłam. Trwało kilka minut zanim wszystko, co usłyszałam poukładałam sobie w głowie. Widząc moją reakcję, kobieta dodała: „ Jest jeszcze jedna możliwość rozwiązania problemu. Może warto zaciągnąć jakiś kredyt i wykupić dla syna kilka zajęć dodatkowych, dobrą szkołę językową i prywatne godziny nauki pływania? To przecież zdolny chłopak, ma szanse dorównać tym lepszym i nie zostawać w tyle na poziomie tylko czwartej klasy”. Bez słowa wyszłam ze szkoły. Syna przeniosłam do innej podstawówki, gdzie program czwartej klasy przerabiało się w klasie czwartej, pływać nauczył się podczas basenowych zajęć szkolnych, z angielskiego ma w miarę dobre oceny, a promocję do klasy piątej otrzymał ze średnią ocen 4,9. Mam cudownego, normalnego syna, który jak reszta moich dzieci poznał smak prawdziwego dzieciństwa, bez demoralizującego udziału w dziecięcym „wyścigu szczurów”. Jedyne czego nie mam, to kredytu do spłacania.
Monika
Jestem przerażona tym, co dzieje się w niektórych mińskich szkołach. Dzieci już od pierwszej klasy uczone są rywalizacji, pogoni za sukcesem i bycia tylko tymi najlepszymi. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że zapomnieliśmy o granicach zdrowego rozsądku. A gdzie nacisk na koleżeństwo, pomoc w nauce słabszym, bezinteresowną uczynność? Dziś liczy się tylko średnia ocen, ilość zajęć pozalekcyjnych, udział w konkursach, zawodach i olimpiadach szkolnych. Nauczyciele skrupulatnie zliczają punkty do wystawienia ocen z zachowania, nie biorąc pod uwagę rzeczy najważniejszej – właśnie zachowania. Dziecko z przeciętnymi wynikami w nauce, lecz dobrze wychowane, ułożone, z dobrym sercem i wrażliwością zawsze przegrywa z aroganckim kujonem, który swoją postawą pozostawia wiele do życzenia. Ale za to ma same piątki. Czy szkoła to tylko pogoń za najlepszymi ocenami? A co z nauką współdziałania? Czy promowanie tylko najlepszych jednostek nie wychowa pokolenia egoistów dążących do celu za wszelką cenę, niszczących wszystko i wszystkich na swojej drodze?
Michał
Myślę, że „wyścig szczurów” wśród dzieciaków szkolnych w ogóle nie istnieje. To wymysł rodziców, których nie stać na zajęcia pozalekcyjne, a jedyne, co mogą zaproponować własnym dzieciom, to kilka godzin korepetycji z przedmiotów zagrożonych pałą. Patrzą z zazdrością na wszystko, czego nie mogą mieć i wkurza ich to, co mają inni. To tylko ludzka zawiść i głupota. Gdyby ich dzieci były najlepsze lub mogły się równać z najlepszymi, zmieniliby śpiewkę i przestali opowiadać bzdury. Może wychowali głąbów i maminsynków, a teraz się tego wstydzą i szukają winnych, wymyślając motywy z amerykańskich filmów.
Konrad
Moja córeczka uczy się angielskiego i obsługi komputera. Ma skończone trzy latka, a umie więcej niż większość sześciolatków. Syn już od lat szkoli dwa języki – angielski i francuski, gra w tenisa, świetnie pływa, jeździ konno i chodzi na lekcje pianina. W szkole należy do najlepszych uczniów i nie narzeka na brak wolnego czasu. Jak pójdzie do gimnazjum, to jeszcze znajdę mu jakieś zajęcia, aby nie myślał o głupotach. Dzieci muszą mieć dużo obowiązków, bo inaczej z nudów zaczną szukać wrażeń i w głowach się im przewróci: piwko, imprezki, panienki, narkotyki... Trzeba je trzymać krótko.
Milena
To niedorzeczne, że wiele osób kojarzy zajęcia pozalekcyjne z rywalizacją między uczniami. Nie ma żadnego związku aktywność ucznia po zajęciach szkolnych z brakami wychowawczymi wyniesionymi z domu. To przede wszystkim rodzice kształtują charakter dziecka, ucząc je co jest dobre, a co złe, jak należy podejmować wyzwania, aby nie krzywdzić rówieśników i zachowywać się asertywnie w stosunku do otoczenia. Ilość dodatkowych zajęć w żaden sposób nie wpływa negatywnie na zmianę osobowości dziecka, natomiast oczekiwania rodziców, jak najbardziej, szczególnie wtedy, gdy są one narzędziem do zaspokajania wygórowanych ambicji i urażonego ego.
Patryk
Nie jestem przekonany, czy wyznaczanie dzieciom kierunków i granic to coś złego. Wręcz odwrotnie. Dzieci powinny mieć zaplanowany czas po lekcjach, uczestniczyć w wielu zajęciach dodatkowych i wciąż podnosić swoje możliwości i zakres umiejętności. Uczą się przy tym odpowiedzialności i obowiązkowości, a to wartości, które są niezbędne w dorosłym życiu.
***
Rodzice mają to do siebie, że nie zawsze potrafią być obiektywni w stosunku do własnych dzieci. Często nie przyjmują do wiadomości żadnych argumentów dotyczących błędów wychowawczych, dlatego każdy, kto ma dzieci wie, że o takich sprawach się nie dyskutuje. Są jednak wyjątkowe okoliczności, które zmuszają do łamania tabu i zwrócenia uwagi na zagrożenia, jakie sami sobie tworzymy. Mając na uwadze dobro naszych dzieci, nadszedł odpowiedni czas na zastanowienie i refleksje. Czy rzeczywiście zapewniamy swym pociechom wszystko to, co najlepsze? Jak wysoko stawiamy poprzeczkę wymagań i oczekiwań? Ile i jakie zajęcia dodatkowe są im potrzebne? Mamy pewność, że dokonując za nie wyboru, postępujemy słusznie? Gdzie jest granica między dziecięcą potrzebą, a ambicją dorosłych?

Do naszych obowiązków należy zapewnienie dzieciom niezbędnego wykształcenia, a jeśli nas stać na więcej, to absolutnie nic złego. Zajęcia dodatkowe mają ogromny wpływ na rozwój zdolności i umiejętności. Pogłębiają wiedzę i predyspozycje w wielu dziedzinach, których szkoła nie ma możliwości zapewnić. I to nie obowiązki pozalekcyjne wypaczają świadomość uczniów, ale my – rodzice, oczekując coraz więcej i więcej, zapominając o granicach, których nie należy przekraczać pod żadnym pozorem. Uczmy dzieci zasad koleżeńskiej rywalizacji, szacunku dla otoczenia i solidnych reguł „fair play”. Miejmy też oczy szeroko otwarte, aby w porę zauważyć niepokojące oznaki, wyostrzony słuch, gdy pojawi się wołanie o pomoc, jasny umysł w obiektywnym ocenianiu sytuacji, żelazne nerwy w konsekwencji działań i anielską cierpliwość, aby to wszystko osiągnąć. Gdy pojawiają się trudności, sięgamy po różne środki dyscypliny i kar, ale nie możemy zapominać o tym, co jest najważniejsze – poczucie miłości, bezpieczeństwa, akceptacji i wsparcia.

oprac. Izabella Walewska-Ogrodnik

Musisz się zalogować, by móc dodawać komentarze!
Znajdź nas na Facebooku
TYGODNIK STREFA MIŃSK
adres biura:
ul. Warszawska 161 (1 piętro)
05-300 Mińsk Mazowiecki
tel. + 48 724 822 000
e-mail: reklama@strefaminsk.pl
lub e-mail: biuro@strefaminsk.pl
projekt graficzny: E-HO - agencja reklamowa - Mińsk Mazowieckikodowanie, system zarządzania